Polityka

Czy marksiści miewają tożsamość?

Zacznę trochę z boku, od fragmentów innego tekstu, pisanego i publikowanego jakiś czas temu przy innej okazji. Te fragmenty są częścią zadziwiająco uporczywej, nawracającej wciąż dyskusji, kwestionującej skuteczność, zasadność oraz nawet samo istnienie tzw. polityk tożsamościowych. Na początek więc odgrzewana i z recyclingu anegdota.

Od zawsze wiedziałam, że będę zajmowała się polityką. Mniej więcej od tego samego momentu, w którym zrozumiałam, czym jest feminizm i że będę określać siebie jako feministkę. Historię doktryn politycznych w szkole, a potem na studiach miałam w małym palcu. Czytanie o nich sprawiało mi masę intelektualnej frajdy (potem ze względu na ich męskocentryczne skrzywienie zaczęło mnie nudzić), nieodmiennie jednak nie mogłam wyjść z podziwu – jakim cudem tylu utytułowanym autorom, szanownym geniuszom, niemal calutkiemu kanonowi przecież, tak gładko udaje się za każdym razem przeskakiwać patriarchalne mielizny i przeoczać gender w tym, co i w jaki sposób piszą. Widziałam, jak łatwo i dogodnie jest nawet przed sobą udawać poznawczy dystans oraz neutralny obiektywizm, skoro to pozwala przemilczać swoje interesy. Historia filozofii i myśli społecznej to nadal historia raczej przemilczeń, niż odkryć.

Podobne uczucie, choć w mniej spektakularnej skali, dopada mnie często przy czytaniu lewicowej publicystyki. Piętrowe analizy, erudycja, przerzucanie się przypisami, retoryczna sprawność – wszystko racjonalne i chłodno skalkulowane. Nic osobistego. Wszystko w imię dowodzenia obiektywnie pożytecznych racji oraz snucia strategicznych prognoz. Wiadomo – w polityce liczy się skuteczność. Tak, jak pisanie z pozycji osobistych albo „tożsamości” jest uważane za gorsze, wstydliwe, ułomne, tak nawracający uparcie postulat odcięcia się od polityki „tożsamościowej” w kierunku „masowej” (socjalistycznej, klasowej) jest pierwszorzędnym przykładem chochoła. Chochoła stawianego najczęściej przez osoby, którym wydaje się, że tożsamości same nie posiadają, ponieważ tożsamość grupy, w której imieniu mówią pod wieloma względami jest właśnie tą „masową”, czyli przezroczystą.

Żadna tożsamość nie jest obiektywna, ani neutralna, ani niewinna. I żadna nie jest już przezroczysta. Nie jest też tak, że polityczne interesy wszystkich tożsamości w lewicowej polityce uda się bezkolizyjnie pogodzić. Lewicowa polityka w sferze tożsamości dokładnie tak samo, jak w sferze ekonomii – nie zrobi dobrze wszystkim. Żeby dać tym, co mają mało potrzebna jest redystrybucja – należy zabrać tym, co mają obrzydliwie i niesprawiedliwie dużo, „opodatkować” osoby posiadające najwięcej przywilejów nie tylko w wymiarze materialnym, ale też kulturowym. Najwięcej otrzymanych in blanco: poczucia bezpieczeństwa, osobistej wolności, nietykalności, akceptacji społecznej, samoakceptacji, zaufania, wiarygodności, autorytetu, prestiżu oraz reszty rzadkich osobistych i społecznych dóbr. W sensie całkiem dosłownym można najadać się swoją tożsamością lub głodować właśnie z jej powodu. Wiedzą coś o tym emerytki powszechnie żyjące w Polsce poniżej progu ubóstwa oraz kobiety na całym świecie średnio od końca października do końca kalendarzowego roku pracujące za darmo (bo luka płacowa).

Nie da się więc robić dobrze i skutecznie lewicowej polityki, nie odpowiedziawszy sobie uprzednio szczerze na pytanie o własną tożsamość. Może się okazać, że lewicowa polityka zażąda daleko idących tożsamościowych ustępstw i cesji na rzecz innych grup i innych tożsamości, niż własna. Wypadałoby wiedzieć, czy z pełną odpowiedzialnością i konsekwencją jest się osobą gotową na ten krok. Dlatego też powracający na lewicy raz po raz dylemat: polityczna narracja „masowa” czy „tożsamościowa”? – nie jest pytaniem uczciwym intelektualnie. Uczciwe pytanie brzmiałoby: Czy w jakiejś sprawie lewicy bardziej opłaca się trzymać z dominującą tożsamością? Tak! Oczywiście, że tak. To zawsze się opłaca. To właśnie z silniejszymi wybiera trzymać chociażby Asad Haider, w swoich w gruncie rzeczy banalnych i wtórnych poglądach, o których za chwilę i w tekstach takich, jak „Lewica krytykuje politykę tożsamości”. Jego wyobrażony white trash, od którego faworyzowania w swojej wizji lewicowej polityki odżegnuje się tyleż wprost i po wielokroć, co czysto rytualnie, jest bowiem nadal pod wieloma względami milionerem wśród pariasek_ów. Publicystyczna nośność płytkich tez o rzekomej szkodliwości „polityki tożsamościowej” jest najlepszym przykładem tego, że warto wiedzieć, gdzie są schowane konfitury społecznego uznania.

Jego zdaniem niewątpliwie istnieje obiektywna hierarchia politycznych priorytetów, o którą należy oprzeć lewicową strategię, a wyznacza ją jego własna interpretacja marksizmu: Tak naprawdę marksizm oznacza wiarę, że ludzie powinni mieć władzę, aby rządzić się sami, a żeby to osiągnąć, muszą zrozumieć strukturę społeczną, która im to uniemożliwia. Historia naprawdę nie troszczy się o nasze debaty, która abstrakcja jest ważniejsza, lecz bezlitośnie ustala hierarchie relacji i instytucji. Wierzę, że Marks ostatecznie pokazał, że w społeczeństwie kapitalistycznym nie można osiągnąć wyzwolenia, jeśli nie przyjmie ono kształtu walki klasowej, która włącza ludzi wszelkich tożsamości. Haider uważa, że za progresywnym hasłem check your privilegestoją bardzo realne urazy”, a samo stosowanie go – jest szkodliwe dla lewicowej polityki. Sądzi, że w naszym otoczeniu jest mnóstwo białych osób, także mężczyzn, rozpaczliwie potrzebujących wsparcia i interwencji, lewica zaś, głównie na skutek kultywowania „polityk tożsamościowych” porzuca i zdradza te osoby: Mamy w kraju ogromną rzeszę białych, którzy są tak samo (podkreślenie: moje) jak Czarni wykluczeni z lewicowych ruchów. I musimy brać to na poważnie. Mamy populację biednych białych, którzy umierają z powodu uzależnienia od opiatów, uginają się pod brzemieniem nierówności ekonomicznych – ci ludzie muszą zostać włączeni w nasz ruch. Odwoływanie się do kwestii tożsamościowych i formułowanie postulatów w odniesieniu do konkretnych grup mniejszościowych jest zdaniem Haidera politycznie jałowe i nie aspiruje do tworzenia ruchu masowego, ani do budowania efektywnej politycznej strategii, siłą rzeczy prowadząc do rozdrobnienia.

Tyle dobra naraz! Trudno wprost się zdecydować, od której nieprawdziwej i naciąganej tezy zacząć polemikę. Może od tego, że w świecie spoza wyobrażeń Haidera część z nas, tu po lewej stronie sceny politycznej, przyjmuje założenie o bezwzględnym istnieniu hierarchii ideowych i politycznych priorytetów – a część nie. (Zupełnie jak założenie o istnieniu innego, niż Marks, boga). Większość z nas nie podziela jednej wizji takiej choćby hipotetycznej hierarchii. Nie jest to jakiś szeroko dyskutowany i przyjęty konsensus także dlatego, że hierarchie priorytetów niemal zawsze są odzwierciedleniem oraz aktywnym reprodukowaniem społecznej hierarchii władzy oraz dominacji, co najwyżej w kontestacyjnym lustrze. W przeciwieństwie do Haidera wiedział o tym Marks, na którego ów się powołuje, a problem z uznaniem tego prostego faktu niezwykle często miewają właśnie, o ironio, marksiści – walczący pod sztandarem historycznej idei, pod dowództwem nieuchronnego Ducha Dziejów. Bo przecież nie pod własnym. To naprawdę ciekawy przykład lewicowej narracji, by bez mrugnięcia okiem napisać: historia naprawdę nie troszczy się o nasze debaty, która abstrakcja (podkreślenie: moje) jest ważniejsza, lecz bezlitośnie ustala hierarchie relacji i instytucji, na tym opierając całą swoją argumentację, a w sekundę później użyć słowa: wierzę. Asad Haider wierzy – wierzy w marksizm w znaczeniu: klasizm. Za to nie bardzo wierzy w drugorzędne jego zdaniem „abstrakcje” takie jak rasizm czy seksizm. No a ja odwrotnie, proszę pana. I co teraz? Dla wielu osób podstawowym czynnikiem hierarchii społecznej dominacji jest pański (kulturowy) penis, a dopiero w drugiej kolejności pana status ważnego publicysty, wywiedziony zresztą wprost z faktu posiadania rzeczonego (kulturowego) penisa. Patriarchat jest zresztą starszy od kapitalizmu. A pana własna tożsamość mogłaby być instancją rozstrzygającą rezultat tej dyskusji (na czym zdaje się panu całkiem na serio zależeć) jedynie w wypadku, gdyby tożsamość zyskała moc determinowania ludzkiego światopoglądu. No nie zanosi się.

Społeczny wymiar bycia w definiowanej przez większość mniejszości nie jest i nigdy nie był – jak twierdzi Haider – kwestią dokonywania osobistego wyboru, formą autocelebracji. Polityka tożsamości nie jest istotna dlatego, że ludzie krótkowzrocznie i egocentrycznie stawiają na niepragmatyczne pielęgnowanie wybranych aspektów własnych tożsamości w miejsce pragmatycznego politycznego zaangażowania. Polityka tożsamości jest raczej jednym z lewicowych mechanizmów kontrolnych, przypominających o tym, że jest dokładnie odwrotnie – to systemowa, narzucana w procesie socjalizacji struktura społeczna determinuje podział na odmienne tożsamości (w oparciu o pewne stałe, aczkolwiek całkowicie przypadkowe, nieracjonalne i nieadekwatne wobec konsekwencji tego podziału kryteria). Co za tym idzie, stawia przed przedstawicielkami_ami różnych grup wynikające z tego odmienne możliwości, szanse, aspiracje oraz zagrożenia. To nie jest otwarta opcja ani szwedzki bufet. Przestańmy mówić o tożsamościach, dyskryminacji i przywilejach, a one znikną, rozpłyną się nieuchronnie w świętym i oczyszczającym ogniu walki klas – konsekwentnie traktowane poglądy Haidera musiałyby doprowadzić do absurdu. Milczenie o opresji nie pomaga w przełamaniu jej, ma natomiast ogromny potencjał realnego jej pogłębiania. Ograniczanie lewicowej perspektywy do walki o zasoby dość głupio pomija też podstawowy fakt, że zasoby dotychczas zawsze były i wciąż są dystrybuowane w pierwszej kolejności w kluczu pozaklasowym i pozaprodukcyjnym – najczęściej rasowym i/lub płciowym.

W aspekcie genderowym marksizm skupia się przede wszystkim na roli kobiet w systemowym podziale pracy i ta perspektywa nie może już być uznawana za wystarczającą. Kobiety jako grupa bezsprzecznie mają wspólne interesy ponad klasą, do której należą (tak samo jest z osobami padającymi ofiarami systemowego rasizmu). Żaden przywilej klasowy nie uchroni żadnej kobiety przed skalą występowania oraz bezkarnością przemocy seksualnej. Żaden z postulatów socjalizmu nie jest odpowiedzią na pytanie, jak wyeliminować skalę przemocy domowej. Mężczyźni maltretują kobiety, z którymi pozostają w bliskich relacjach niezależnie od posiadanych lub nieposiadanych zasobów. Ostatnie, czego chcą lewica i feminizm to interpretowanie urodzajowionej przemocy w duchu przekupywania jej sprawców obietnicą socjalnego bezpieczeństwa, bo w warunkach dobrobytu kobiety wcale nie są wolne od takiej przemocy. Logika społecznego posiadania zasobów i środków produkcji ma szanse tłumaczyć nienawiść do kobiet i brutalność sprawowanej nad nimi kontroli tylko w wypadku, jeśli kobiety, zgodnie z optyką patriarchatu i kapitalizmu, uznane zostają za kolejny społecznie użyteczny zasób, którym mężczyźni dysponują i który chcą kontrolować (wraz z wykonywaną – explicite wyłącznie przez kobiety – pracą reprodukcyjną). Jest to jednak pierwotna i prymitywna logika wyzysku, pułapka uprzedmiotowienia, z której feminizm od dawna usiłuje nas wszystkie i wszystkich wydostać. Właśnie m.in. temu służy powstający ciągle na bieżąco język emancypacji – stosowany w równym stopniu przeciw patriarchatowi, kapitalizmowi i – tak, tak – przeciw marksizmowi. W którymś momencie trzeba przecież powiedzieć: „stop” powielaniu kliszy kobiety-przedmiotu wymiany oraz postrzegania pracy reprodukcyjnej jako nieuchronnie „innej” od pracy produkcyjnej, co pozwala na jej urodzajowienie (ukobiecenie).

Marksizm trafnie opisuje relacje zależności i reprodukowania władzy w kapitalizmie d o p e w n e g o s t o p n i a. Nie jest bowiem ani uniwersalny, ani ponadczasowy (tak jak kapitalizm, który kontestuje) – uniwersalny i ponadczasowy jest jedynie sam wyzysk, który z czasem zlał się niektórym w jedno z jego Marksowską wykładnią. Wyzysk ma jednak zdecydowanie więcej twarzy, niż tylko klasowość. Powszechny brak zrozumienia i uznania tych innych – nakładających się na kapitalizm, ale z nim rozłącznych – form wyzysku wynika tutaj chyba z dość prostej przyczyny. Łatwo jest uzasadnić i zrozumieć wyzysk ekonomiczny, polegający na tym, że ktoś ma rażąco więcej zasobów kosztem kogoś innego: jedna grupa mężczyzn kosztem innej grupy mężczyzn. Trudniej uchwycić nienawiść rasową czy mizoginię, gdyż trudno o porównywalnie definitywne i kategoryczne społeczne uznanie samego ich istnienia i rangi. Właśnie dlatego, że nie dotykają przedstawicieli grup dominujących.

Oczywiście, komponent ekonomiczny istnieje niemal zawsze – gromadzenie dóbr kosztem pewnych osób i grup jest łatwiejsze, niż kosztem innych. Uznając postępujące rozwarstwienie ekonomiczne za najważniejszy z istniejących problemów, równocześnie tuszujemy jednak lub nawet unieważniamy fakt, że ubóstwo „od zawsze” (z pewnością od samego zarania kapitalizmu) jest strukturalnym losem kobiet i osób niebiałych, na rozmaite systemowe i prawne sposoby pozbawianych prawa do własności oraz godnego korzystania z owoców własnej pracy (i znów – wiedział o tym Marks, a Haider tego nie wie?). A co zrobić z całym kontekstem takiej sytuacji? Ze zinternalizowanym, sprzężonym z naszą emocjonalnością i psychiką, systemem uczuć i postaw: lękiem, wstrętem, pogardą, resentymentem, złością, irracjonalnym poczuciem wyższości? Ich istnienia nie tłumaczą pieniądze, nierównomierna dystrybucja zasobów jest wtórna wobec ich pojawienia się (co stanowiło fundament i warunek dalszego uprzedmiotowienia) oraz pozostaje wtórna wobec ciągłego żywienia tych uczuć względem członkiń i członków określonych grup. Tu nie (tylko) reifikowana praca niektórych osób jest rażąco mniej warta, niż praca innych. Tu rażąco mniej warte, albo wręcz nic niewarte, jest samo życie określonych osób. Black Lives Matter – to hasło należy odczytywać dosłownie dlatego, że życie i zdrowie osób niebiałych współcześnie w USA zupełnie nie jest zagrożone w wymiarze systemowym „tak samo”, jak osób białych (co utrzymuje Haider).

Któremu rozchodzi się też o nadużywanie zarzutu przywileju w stosunku do osób z dominujących grup, teraz funkcjonujących na nieco podupadłych marginesach. Check your privilege – zwrot ten boli autora, zupełnie nie podoba mu się polityczne stosowanie go wobec ekonomicznie i kulturowo pokrzywdzonych naszymi ciężkimi czasami białych mężczyzn. Guilt is a sad, passive emotion. Its foundation is the wish that the past was different, and the failure to recognize the possibility of acting to change the future. – pisze; poczucie winy jest smutną i bierną emocją; i nie rokuje na zmiany. To wszystko prawda. Tyle, że Haider kompletnie nie rozumie, czym jest przywilej i czemu służy powoływanie się na niego w obrębie debaty politycznej, publicznie czy prywatnie. Naprawdę. Ale naprawdę-naprawdę i z ręką na sercu. Nie mówi się komuś: „sprawdź swój przywilej” ze złośliwej chęci odegrania się czy z mściwej satysfakcji. Ani po to, by zrobić przykrość swojemu białemu lub heteroseksualnemu koledze. Szkoda, że Haider tylko tyle z tego procesu rozumie, jednocześnie nie odmawiając sobie przyjemności besztania i krytykowania. To nie Schadenfreude jest tutaj problemem (prócz Schadenfreude samego autora).

Za tym hasłem stoi dużo, dużo więcej: obietnica realnej zmiany, pierwsza od bardzo, bardzo dawna. To nie żadne wyrafinowane narzędzie zemsty za doznawane urazy, a wreszcie odzyskany język podmiotowości i usytuowania. Język niezgody na wieczne bycie (tą) osobą wmanipulowaną w inność. Język wskazywania komuś jego własnej inności i specyficzności; subiektywności, uniemożliwiającej uzurpowanie dla siebie prawa do prowadzenia skutecznej polityki w imieniu wszystkich (jak zwykle dotąd). Nie mamy już ani czasu, ani cierpliwości, by pozwalać sobie na gadanie i słuchanie głupot o uniwersalnym podmiocie. Który ciągle od nowa załatwia wyłącznie swoje własne interesy, wspinając się po czyichś zdecydowanie nieuniwersalnych plecach. „Sprawdź swój przywilej” nie ma na celu robienia krzywdy, piętnowania czy stygmatyzowania – ma na celu wciągnięcie adresata_tki tego komunikatu do rzeczywistego świata, wprost z zamieszkiwanego dotąd świata fantazji, w którym jest się jedynym wiarygodnym podmiotem własnych „obiektywnych i pragmatycznych” narracji – dokładnie takich, jakie proponuje Haider.

I nie, to nieprawda, że „sprawdź swój przywilej” to wyrażenie, którego współczesny wydźwięk został sprzeniewierzony względem pierwotnych intencji. Polifoniczność języka i kultury każdą podobną próbę wmawiania, co „tak naprawdę” ktoś miał na myśli, o co „tak naprawdę” chodziło Czarnym Panterom (rzecz jasna – wcale nie o rasizm) każe traktować z nieufnością jako kolejną z wielu Haiderowych uzurpacji. Fragmenty tekstu odwołujące się do historii lewicowych ruchów to wręcz modelowy przykład interpretowania i przepisywania wydarzeń tak, by rzeczywisty wielogłos dla własnych celów przekuć w jedną, powszechnie obowiązującą narrację. Takie powszechnie obowiązujące narracje to niewątpliwie społecznie użyteczne mity, umacniające i spajające zbiorowość żyjącą w określonym systemie przekonań i wartości, wzmacniające pożądane hierarchie tych wartości. Czy zadaniem lewicy jest te hierarchie osłabiać (jako w sposób nieunikniony faworyzujące jedne grupy kosztem innych) czy spajać?

Dzisiejsze mówienie o „białym przywileju” jest (…) odwróceniem pierwotnej koncepcji i służy przekonywaniu, że (…) zjednoczenie jest niemożliwe. – zastanawiające są pokłady ignorancji i niezrozumienia, z których się tu czerpie. Nie, wcale nie jest i wcale nie służy. Przekonuje, że zjednoczenie nie jest łatwe, owszem. Że to proces złożony z wielu etapów, składający się z polityki ustępstw i rewizji własnych uwarunkowań, przez wszystkie strony toczącej się dyskusji. Dobrze umotywowane i strategiczne porozumienie możliwe jest wyłącznie w warunkach uczciwego uzgodnienia zasad i celów tego porozumienia, a nie ad hoc w sytuacji istniejących, rażących nierówności, tu i teraz zbywanych jako nieistotne, w oparciu o emocjonalny szantaż. Mówienie o „porozumieniu”, kiedy ma się na myśli narzucenie innym własnej interpretacji tego, czym jest skuteczność, z jednoczesnym absolutyzowaniem partykularnych celów służy wyłącznie inscenizowaniu wspólnoty i pozorowaniu zmian. Staramy się zrozumieć bardzo konkretne kwestie, takie jak rola rasy w naszym ruchu czy w społeczeństwie amerykańskim. – nieźle ilustruje ten problem kolejna z błyskotliwych myśli, której Haider przed napisaniem nie zdążył chyba pomyśleć do końca. Gdyby mu się udało wiedziałby przecież, że ponieważ w przypadku homo sapiens sapiens rasa nie istnieje, możliwe jest dyskutowanie i rozumienie kwestii oraz roli społecznej rasizmu, nie rasy. Lecz od takiej dyskusji konsekwentnie wybiera się odcinać, optując przeciw nieskutecznym, fałszywym „tożsamościom”. Słowem, Asad Haider, tak uparcie twierdzący, że wydaje walkę reakcji, sam reprezentuje reakcyjny trend rozmieniania lewicowej polityki na drobne. Robi sprawie lewicowej jedności koszmarną, niedźwiedzią przysługę, u samych źródeł skutecznie sabotując porozumienie, na którym tak mu podobno zależy.

Tymczasem dawno nic tak skutecznie nie skruszyło struktury dominacji i władzy, jak obnażenie dominującej tożsamości jako po prostu jednej z wielu, równorzędnej z innymi. Męskość, heteroseksualność, biała skóra – przez bardzo długi czas nie miały nawet nazwy. Ani ochoty poddawać siebie obserwacjom i definicjom na równi z innymi obiektami prowadzonych aktywnie społecznych pomiarów. Pozostałe części i cele tego języka emancypacji to chociażby konieczne oswajanie i normalizowanie własnej uwewnętrznionej „inności”, walka ze stereotypami i autostereotypem (praktycznie zawsze opartymi na przemocy), poszerzanie granic świata i tego, jaka rzeczywistość jest w ogóle nie tyle możliwa, co w ogóle do pomyślenia. Język emancypacji i „polityki tożsamościowe” to bezcenny projekt jako jeden z niewielu w historii oraz herstorii mający szansę rozsadzić ramy dotychczas nienaruszalnych, głębokich struktur władzy. Haider pisze o tym języku i o tych politykach: Ale ten komunikat jest całkowicie nieskuteczny, ponieważ nie niesie programu zmiany sytuacji politycznej. – i pisze tak tylko dlatego, że w jego przekonaniu nie niesie ich akurat jemu (choć i tu można by polemizować). To miód na serce wszystkich osób śmiertelnie zmęczonych koniecznością społecznego obsługiwania własnej tożsamości na dokładnie tych samych zasadach, na jakich od zawsze muszą sobie z nią radzić tzw. grupy „mniejszościowe”. Ustawiczne tłumaczenie, że nie jest się wielbłądem frustruje? Owszem, frustruje i to bardzo! To, czego nie rozumie Haider to prosty fakt, że wiedziony chyba jedynie siłą przyzwyczajenia oczekuje bądź to dla siebie, bądź dla dominującej tożsamości (z którą się mniej lub bardziej otwarcie identyfikuje) kolejnego wyjątku, przywileju. Zdjęcia z barków oczywistego ciężaru tłumaczenia się z siebie, ustawicznego forsowania własnej opowieści o sobie jako obowiązującej, wbrew innym, konkurencyjnym, a najczęściej zwyczajnie wrogim opowieściom.

Dodam, że niezwykle łatwo jest czuć się nieadekwatnie, niezręcznie i niekomfortowo, robiąc politykę chociażby aspirującą do miana lewicowej. Często osoby zaangażowane w ten proces chciałyby widzieć siebie jako już przeobrażone, nienagannie realizujące wszystkie progresywne, równościowe postulaty. Nic z tego, poprzeczka wisi zbyt wysoko dla nas wszystkich, jesteśmy tylko ludźmi, osobami przysposobionymi do życia w warunkach nierówności – i innych nie znamy. Łatwo wyobrazić sobie, że każda osoba pod jakimś względem czuje się niekomfortowo wobec defaworyzowanych i dyskryminowanych grup. Nie ma tu wyjątków, popełniamy i będziemy popełniać koszmarne rasistowskie, homofobiczne, seksistowskie i wszystkie inne błędy. Wszystkie_scy zmagamy się tu ze wstydem, lękiem, wyzwaniami. Popełnianie błędów i wyciąganie z nich wniosków – chciałoby się powiedzieć: najnaturalniejsza rzecz w świecie! A jednak nie dla wszystkich. Haider zapragnął bowiem właśnie grupy mniejszościowe obarczyć moralną odpowiedzialnością za odczuwane przez siebie poczucie nieadekwatności i winy. Formułowanie własnych celów i strategii, prowadzenie polityki w swoim imieniu to podstawowe i powszechne prawo, a nie przywilej arbitralnie przyznawany z czyjejkolwiek, choćby lewicowej ręki.

Potrzeba jednej lewicowej narracji i historii (HIStorii) zawsze jest błędem i zawsze jest fałszem. Przeszłością jak i przyszłością lewicy oraz lewicowej skutecznej polityki nie jest absolutny i karny jednogłos. Jest nim (i zawsze był, choć tłumiony) wielogłos, pluralizm i równorzędność grup w ich różnorodności. Nawoływania o bezwzględne zjednoczenie pod sztandarem walki klas to dobrze znana nam z polskiego podwórka, pobrzmiewająca fałszywą nutą pieśń o „zjednoczonej opozycji”. Nie można jednoczyć się we wspólnym celu z pominięciem ekspresji postulatów ważnych dla części zjednoczonej w ten sposób grupy. Nie można pomijać innych, niż klasowe i ekonomiczne diagnoz twierdząc, że te i tylko te stanowią „prawdziwą, skuteczną i rokującą na zmiany lewicę”. W przeciwnym wypadku wychodzi na to, że zryw nowej lewicy u progu XXI wieku ma krótkie nogi rozczarowanych mężczyzn – wysadzonych z siodła przez system, którego mieli być beneficjentami.

Jeśli proponowane lewicowe rozwiązania będą oparte na iluzji neutralności i pragmatyzmu, jak u Haidera – oparte będą na fałszywych przesłankach, a przez to nieskuteczne. Część z nas prawdopodobnie też gdzieś po drodze poczuje się wykorzystana. Nie dyskutujmy o tym, czy „tożsamość” czy „socjalizm”. Ustawiczne powroty sentymentalne do XIX- i wczesnych XX-wiecznych narracji lewicy mają swój urok i niosą ze sobą jakąś wartość w sferze estetyki i emocjonalności (budzenie ducha walki i solidarności, świadomość wywalczonych już dotąd zdobyczy, etc.). Jednak w sferze etyki i postulowanego porządku społecznego taki sentymentalizm jest zbiorem przeraźliwie pustym. Dyskutujmy o tym, jaka tożsamość i co w przyszłości na wzór socjalizmu (bo przecież chcemy oderwać się w naszych postulatach od podlegającej postępującej automatyzacji sfery produktywności).

Oczywiście, istnieje jeszcze zupełnie realna możliwość, której część z nas bardzo nie chce do siebie dopuścić i w którą bardzo nie chce uwierzyć – to nie ty, osobo czytająca ten tekst, ani ja pisząca ten tekst, jesteśmy tu w centrum wydarzeń. Jesteśmy zaledwie częścią czegoś większego, choć oczywiście wolimy przymiarki do fotela w głównym strategicznym sztabie. Być może to nie my będziemy w awangardzie zbliżających się zmian. Bo nie wszystko jest o nas. Jeśli jesteś białym, heteronormatywnym mężczyzną lub w imieniu takich chcesz się wypowiadać – nie wszystko jest o tobie tym bardziej. Nikt z członkiń i członków marginalizowanych dotąd grup „mniejszościowych” nie będzie już karnie czekał_a w drugiej linii, odbierając i wykonując ufnie polecenia. Licząc na realizację własnych celów potem, w drugiej kolejności, „we właściwym czasie”.

Ideologia, która niszczy lewicę” to przede wszystkim fałszywie i anachronicznie pojmowany marksizm, postulowany w oderwaniu od złożoności współczesnych społeczeństw, absolutyzowany jako jedyne lekarstwo na wszystkie lewicowe niedomagania jednostek i grup. Chcemy sprawiedliwszego porządku ekonomicznego, w tym akurat względzie za sprawiedliwe dość zgodnie uznając powszechne socjalne bezpieczeństwo, gwarantujące każdej osobie rzeczywiste: godność oraz wolność. Wkomponujmy ten postulat w szerszy front zmian, zastanówmy się, jak jego realizacja zagra (lub zazgrzyta) z realizacją postulatów pozostałych grup. Zamiast te ostatnie publicznie dezawuować jako „mniej ważne”, „szkodliwe”, „pozorne”, „nieefektywne”. Można też oczywiście pozostać w błogiej ignorancji (z patriarchalnym, wszechwiedzącym i wszechmogącym bogiem), jednak w takim przypadku należałoby co najmniej nie przeszkadzać innym. Nie zadręczać pretensjami o tożsamości, w stu procentach narzucane przecież społecznie. Tak, zdecydowanie widzę te transparenty na murach miast, wsi oraz korporacji:

Mężczyźni, koledzy, marksiści

NIE PRZESZKADZAJCIE NAM

My tu walczymy o Polskę i o świat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *