Feminizm, Inne teksty, Polityka

Czyj jest Czarny Protest?

Jest mi szalenie przykro, że Marta Lempart nie przestaje publicznie mówić o rzekomo „ukradzionym jej” przez inne kobiety i polityczki Czarnym Poniedziałku, tym razem mówi o tym na łamach Newsweeka. I niestety jasno widać, że mówi o tym w charakterze politycznej broni wymierzonej wprost w Lewicę, w blok polityczny, który owszem, jest samczy, maczystowski oraz zawiódł nadzieje oraz zaufanie swoich wyborczyń oraz kandydatek – w tym moje osobiście – traktując kandydatki na listach wyborczych kompletnie niepoważnie. Który jednak pozostaje równocześnie jedynym blokiem w tych wyborach, mającym konsekwentnie równościowy i prokobiecy polityczny program. Zarówno w przypadku żalącej się Marty, jak i maczystowskiej Lewicy jest mi podwójnie przykro głównie dlatego, że w ten sposób szkodzą przede wszystkim sobie i swojej politycznej przyszłości, której sama w obu przypadkach życzę jak najlepiej.

Jednak jest mi przykro też z innych powodów, których źródeł upatruję w mocno indywidualistycznych założeniach krytyki wychodzącej od Marty, z którymi jako feministka i demokratka radykalnie się nie zgadzam. Zarówno #czarnyponiedziałek, jak i #czarnyprotest nie należą do nikogo, prócz ich uczestniczek. Są przede wszystkim i w pierwszej kolejności ich osobistym oraz zbiorowym, gigantycznym sukcesem. Nie tylko sukcesem organizatorek, jak zdaje się to mieć miejsce w perspektywie szefowej OSK. Uczestniczki nie przyszły protestować, bo kilka pań o to poprosiło i skutecznie skoordynowało. Przyszły dlatego, ponieważ ich własne podstawowe prawa i godność były na tamten moment realnie zagrożone; postanowiły więc osobiście i skutecznie się bronić. To im należy się wdzięczność w pierwszej kolejności, to im – Wam wszystkim, będącym wtedy na ulicach – składam ogromne podziękowania za Czarny Protest, za Czarny Poniedziałek, za całą czarną falę, która przeszła przez Polskę. W drugiej kolejności dziękuję OSK za to, że faktycznie wzięło na siebie gigantyczny ciężar zgrania ze sobą tej ogromnej fali i przekucia jej w zgodne działanie. Dziękuję wam wszystkim za to, że wspólnie tak spektakularnie i z mocą obroniłyśmy wtedy prawa nasze i bliskich nam kobiet.

Jednak twarzami masowych protestów nie zawsze, a nawet nie na ogół zostają osoby je organizujące i koordynujące. Zostają nimi osoby widoczne, medialne (medialne w wyniku splotu rozmaitych przyczyn), potrafiące zwerbalizować i przekazać zbiorowe postulaty lub emocje. Jedną z tych osób bez wątpienia była i słusznie pozostanie Marta Lempart. Czy jednak inne osoby należy tutaj winić, że udało im się za sobą porwać tłumy, przykuć uwagę, przekazać coś ważnego, wspomóc tym wspólny cel i jego osiągnięcie? Czy sukces zbiorowy bezwzględnie musi oznaczać, że należy doszukiwać się w nim jednego, jedynego sukcesu indywidualnego, którym rzekomo ten pierwszy musi być podszyty, aby był „prawdziwy”? Czy walka o prawa kobiet na wszelkie sposoby i wszelkich frontach, choć bez organizowania jednego, konkretnego protestu w jednym konkretnym dniu – w siostrzanej, solidarnej narracji naprawdę musi być deprecjonowana jako „niekiwnięcie palcem”? Jestem głęboko przekonana, że dla nas wszystkich znajdzie się miejsce przy politycznym stole, o ile my, kobiety, będziemy się popierać w dążeniu do zajmowania przy nim miejsc, a nie kopać nawzajem po kostkach, usiłując desperacko zająć jedno-dwa krzesła oznaczone przy tym stole przez mężczyzn etykietką: „dla kobiet i dla feministek”. Odmawiam grania – i ogrywania mnie jako kobiety, ogrywania wszystkich kobiet – według takich zasad.

Wolę skupiać się na tym, że politycznymi i faktycznymi beneficjentami „niewidzialnego” organizacyjnego wysiłku oraz siły kobiecych protestów zostali po raz kolejny w tej kampanii wyborczej mężczyźni, od lewa do prawa (sorry KO, od dawna nie jesteś nawet blisko politycznego centrum) przyznając w pierwszej kolejności sobie biorące miejsca na listach wyborczych.

Marta Lempart powinna była otrzymać od Lewicy jedno z tych biorących miejsc na liście i jest mi wstyd, że głosując na Lewicę zagłosuję także na sukces wyborczy mężczyzn, którzy jej oraz innym świetnym kandydatkom tego miejsca niesłusznie, bezczelnie, a nawet z pogardą odmówili. To jest realny, feministyczny problem tej kampanii.

Feministycznym problemem tej kampanii nie jest natomiast z pewnością wkład innych kobiet – setek i tysięcy kobiet o bardziej, mniej lub wcale rozpoznawalnych twarzach i nazwiskach – w Czarny Poniedziałek, w nasz wspólny sukces Czarnego Protestu. Proszę Was, byście w tej sprawie, nie dając się uwieść złudnej narracji o rzekomych Jedynych Prawdziwych Autorkach kobiecych protestów – nie atakowali_ły jednocześnie Marty Lempart dlatego, że czuje się jedną z nich oraz dlatego, że czuje się jedną z tych najbardziej zasłużonych, ma tutaj rację. Grajmy przeciw wspólnemu wrogowi, a nie przeciw sobie.

***

Tekst pierwotnie ukazał się na Facebooku 30 września 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *