Inne teksty

Dlaczego piszę

Piszę, bo najważniejszą ze wszystkich technologii jest czytanie. Kiedy czytam – coś, co mnie uwodzi i przeciąga na swoją stronę, albo coś, co mnie frustruje czy budzi we mnie sprzeciw i zniecierpliwienie – lektura jest pępowiną, przez którą mogę odżywiać się światem. Czytanie nie pozwala na odrętwienie, marazm. Nie da się stać w miejscu, czytając. To cholerny róg obfitości, którego hojność jest niezrozumiała i nieprzewidywalna, ale zawsze ma w zanadrzu kolejne smakowite kąski pośród paczek prozaicznych czipsów.

Piszę, bo czuję potrzebę ekspresji, a świadomość, jak wiele sama czerpię z lektury każe mi widzieć siebie jako jedno z ogniw tego przepływu – albo pasożyta. Piszę z niezgody na rzeczywistość, do pewnego stopnia, ale też z poczucia zadomowienia w niej, przynależności. Nie, nikt nie będzie mówił mi, „jaki jest świat” tylko dlatego, że miał prawo zabierać głos dłużej.

Od piętnastego roku życia z mniejszymi lub większymi przerwami piszę dla siebie – pamiętnik. Dla siebie w sensie ścisłym, żadna osoba nie przeczytała dotąd ani jednej jego strony, ani jednego zdania. Takie pisanie nie jest wystarczające, z jakiegoś powodu. Stwarza nierównowagę w przepływie myśli i emocji, o ile faktycznie jest się jedyną osobą, do której kierowany jest napisany przez siebie tekst. Jeszcze bardziej pogłębia i tak skrajnie niesymetryczny dług wdzięczności wobec tego, co się czyta.

Każde moje pisanie jest o mnie. Każde zdanie fikcji czy publicystyki napisane kiedykolwiek – jest o jej autorkach_rach, nieodwołalnie. Dobre pisanie poznaje się po dyskretnie zaznaczonym, nienachalnym „ja”, które nie ma potrzeby udawać, że go tam nie ma. Ale też nie ma potrzeby kraść całego show. Teksty wchodzące w mimikrę neutralności, teksty brawurowo i wyłącznie skupione na „ja” osoby, która je pisze – to nie są dobre, wciągające, przekonujące teksty. Nieszczere teksty udające prawdę o ludziach, o świecie, mimo że pozbawione punktów odniesienia albo nużące tym jednym, jedynym istniejącym punktem – sobą.

Nie umiem pisać o konkretnych ludziach. Nie mam słuchu do melodii głosu, ani pamięci do ich historii. Nie mam możliwości, póki co, odseparowania się od własnego stylu – brakuje mi narzędzi do tworzenia fikcji. Piszę to, co na daną chwilę możliwe do napisania z narzędziami, które mam – najczęściej o ideach, o tym, jak działamy lub nie działamy jako osoby, relacje, jako społeczeństwo. Czyim kosztem. Piszę, bo jestem w stanie sobie wyobrazić inną dystrybucję tych wszystkich ciężarów, a statusu quo nie jestem w stanie uznać za wystarczający. Szukam w pisaniu tego samego, co w lekturze: części wspólnej.

Piszę, bo mam głos i przeświadczenie, że samodzielne zabieranie głosu jest ważne – by nikt nigdy mi go nie zabierał. Gdy czuję się przekrzykiwana i zakrzykiwana, a czuję się często – to jeden z ważniejszych powodów, by mówić i pisać. Pisanie porządkuje myśli i ma moc ośmielania, utrwalania najbardziej nie-do-pomyślenia sądów. Obnażania fałszu i nadużyć choćby najgłębiej zakorzenionej władzy. Piszę, bo zabieranie głosu w kilku zdaniowych wymianach opinii szybko ulatuje z pamięci i serca, tekst sprzyja zanurzeniu się po czubek głowy.

Pojedyncze diagnozy, choćby najsłuszniejsze idee i przekonania, na oślep i rozrzutnie pozostawiane po sobie i wokół siebie gdzie popadnie (w mediach społecznościowych, rozmowach towarzyskich, codziennym narzekaniu) – to ekspresja terapeutyczna, pozwalająca zaledwie na obniżanie ciśnienia. Wyobrażanie sobie alternatyw wymaga czegoś więcej. Z pojedynczych, w biegu rzucanych zdań nigdy nie dowiemy się, po co to robimy, wyłącznie tego, że nie jest nam dobrze. Pisanie to przekuwanie instynktownego sprzeciwu w strategię oporu. To domaganie się określenia celu, dla którego opór w ogóle jest wskazany.

Te w biegu rzucane opinie, równie łatwe, co niesatysfakcjonujące, zbierają się w krytyczną masę prądu, który unosi nas, nasz sposób myślenia, porozumiewania się z innymi. Płyniemy sobie w kierunku jakichś zmian, od czasu do czasu obok przepływają obiekty wyzwalające nagłą potrzebę zaprotestowania albo aprobaty. Pisanie to zadanie sobie fatygi oparcia się na moment nurtowi i wdrapania na jakąś nadarzającą się akurat skarpę, od czasu do czasu. Nie za często, bo płynięcie z nurtem samo w sobie jest jednak dość męczące, potrafi poobijać. Czasem próba wdrapania się na brzeg kończy się ciężkim zwaleniem się do wody. Czasem stoi się na nim przez dłuższą chwilę, tylko obserwując. „Popłynę jeszcze kawałek dalej, zobaczę jak tam to wygląda” – to pisarskie porażki i niepowodzenia, każą wskakiwać z powrotem do wody bez wydobycia z siebie słowa.

Miłą odmianą jest jednak osuszyć się czasem, spojrzeć na sam nurt i wszystko, co z nim płynie. Podjąć próbę nazwania tego, co tylko się da (wiele się nie da, z reguły). Z jakiegoś powodu posiadanie większej ilości informacji o tych nieprzebranych masach, które nas unoszą zdaje się działać uspokajająco. Być może to dlatego, że mamy nadzieję znaleźć kiedyś na tej drodze jakieś kluczowe mielizny, w których istotna okaże się umiejętność nawigacji, właśnie nasza decyzja o przekierowaniu nurtu. A może zupełnie bez żadnego powodu, prócz samego kojącego złudzenia kontroli.

Wreszcie, piszę, bo chcę, żeby pod wieloma względami było inaczej, niż jest. To jedyny znany mi tak skuteczny sposób zmieniania świata. Zazdroszczę tym wszystkim potrafiącym w fikcję – to boska umiejętność tworzenia bytów i rządzących nimi zasad. Nie mogę się nadziwić, że umiejętność ta jest na ogół sprzeniewierzana na rzecz pisania świata gorszym, niż jest. Albo poświęcana ambicji opisywania go dokładnie takim, jakim rzekomo jest w myśl dowolnego obiegowego, tymczasowego consensusu. Nie, nikt nie będzie mi mówił, bym zacisnęła zęby i ograniczyła się do płynięcia z prądem, bo „tak już jest”, „taki jest świat”. Świat jest taki, jakim jest widziany i nazywany. Sposób, w jaki został wypowiedziany do tej pory zdecydowanie nie wyczerpuje tematu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *