Feminizm

Dzień Matki – czy wiesz, co świętujesz?

Kult matki i szacunek dla jej miłości pochodzą od mężczyzn. Kobiety także często łączą pełne wdzięczności więzy z matkami, ale faktycznie nie otrzymały od nich tyle co synowie, bo nie jest ich udziałem przywilej bycia innej płci. Obiektywnie synowie mają więcej powodów do wychwalania altruizmu i ofiarności matek, no oni bardziej z nich korzystają. Płci męskiej jako całości odpowiada podkreślanie w kobiecie, a szczególnie w matce, ofiarnego, altruistycznego oddania. Tworzy ono przecież tło, na którym tym jaśniej odznacza się wyższa wartość obiektu tych starań. Dla tych, którzy z dużym wysiłkiem muszą zawsze odgrywać silną płeć, słodkie i odprężające jest móc być słabym w jednym jedynym punkcie. Matka jest miejscem, w którym silny może czuć się słabym, nie poniżając się przy tym. Wyjaśnia to również, dlaczego matki z reguły z zachwytem przyjmują wyznaczoną im rolę: w stosunku do dzieci są silne, co je samo w sobie uszczęśliwia, a tym bardziej wtedy, gdy przynależność płciowa dziecka bycie silną utrudnia. Być silną w stosunku do syna, być dla niego autorytetem i wzorem znaczy dla kobiety: mieć pod sobą przynajmniej jednego mężczyznę. Jednakże on zgadza się na to dlatego, że jest dzieckiem albo dlatego, że jako dorosły chce móc czuć się słabym w jednym punkcie. Dlatego też najbardziej oddanymi matkami są te kobiety, które na innych obszarach życia, a szczególnie w małżeństwie, były uciskane, niedoceniane i poniewierane. Ich znaczenie dla synów staje się dla nich zastępstwem znaczenia, którego odmówiono im wszędzie indziej.  [Alice Rűhle-Gerstel (1932), tłum. Justyna Górny].

Słowa te napisała niemiecka badaczka Alice Rűhle-Gerstel na kilka lat przed tym, zanim jej książki zostały zakazane przez nazizm. Jej krytyczne spojrzenie na społeczną instytucję matki – rodzicielki, karmicielki, wychowawczyni – zbiegło się w czasie z intensywnymi staraniami rozmaitych grup interesu i nacisku, by macierzyństwo i jego jednodniową emanację wyeksponować, poddać sformalizowanym rytuałom oraz scenariuszom celebracji. Starania te zwieńczone zostały pełnym sukcesem, który trwa do dziś w zasadzie nienaruszonej postaci. Początki Niemieckiego Dnia Matki – nazwanego tak dla zdystansowania się wobec amerykańskiego pierwowzoru – datują się na rok 1923 (trudne lata powojennej Republiki Weimarskiej). Na obchody wyznaczono drugą niedzielę maja – dzień w okresie nabożeństw maryjnych (sakralna stylizacja matki-Madonny) oraz dostępności szerokiego wyboru wiosennych kwiatów. W ciągu niespełna dekady święto zdołało urosnąć do rangi trwałego symbolu, stanowiąc dla narodowego socjalizmu jakże dogodną linię frontu w wojnie wypowiedzianej „kryzysowi rodziny”, „zdziczeniu obyczajów” oraz „upadkowi kobiecości” (brzmi znajomo?). Oryginalnie, za pomysłodawczynię świętowania Dnia Matki uważa się Amerykankę Ann Jarvis, której córka wystąpiła z tą propozycją w 1907 roku. Oddźwięk (polityczny i ekonomiczny) był tak żywy, że już siedem lat później za sprawą prezydenta Woodrowa Wilsona oraz amerykańskiego Kongresu Dzień Matki skwapliwie wciągnięto do oficjalnego państwowego kalendarza świąt.

Zapał do świętowania od początku motywowany był prozaicznie i kapitalistycznie – niemieckie obchody były intensywnie inspirowane i wspierane przez Związek Niemieckich Kwiaciarzy; choć nie tylko kwiaciarze byli głównymi beneficjentami święta, to oni prowadzili zwyczajowo akcje promujące je także i w USA. W Niemczech na koszt ZNK wymyślano slogany, opracowywano promocyjne teksty, drukowano broszury, plakaty i pamiątkowe pocztówki, w Dniu Matki gwarantowano (gratis) kwiatową oprawę uroczystościom szkolnym, publicznym i kościelnym. W roku 1925 pałeczkę organizacji i realizacji święta przejmuje Zespół Roboczy ds. Uzdrowienia Narodu (którym kwiaciarskie lobby sterowało już niejawnie, z tylnych rzędów), by obchody mogły nabrać jeszcze większych ideowych rumieńców. Kwiaty w formie daru stanowiły idealne odzwierciedlenie trudu, który sam w sobie „nie ma ceny”, nie przekłada się na żadne wymierne korzyści. Matczynej ofiarności nie da się przecież zmierzyć żadną miarą – a już z pewnością nie miarą finansową. Romantyczne przesłanie kwiatów, nawiązując do wzniosłych uczuć, zarazem idealnie gasiło w zarodku wszelkie nieromantyczne, materialistyczne konotacje. Kwiaty – w porównaniu z produktami przemysłu tekstylnego czy perfumeryjnego – jawiły i jawią się jako dar czysty, subtelny, niezobowiązujący do wzajemności, szlachetny. Nobilitujący nie tylko stronę obdarowaną. Obchody z definicji miały mieć charakter rodzinny i domowy, publiczne uroczystości stanowiły w nich drobne tylko uzupełnienie; nieznaczny, acz widomy symbol, mobilizujący masy (w szczególności dzieci i młodzież, które inaczej trudno byłoby zaangażować do aktywnych, także indywidualnych działań). Powyższy wyimek z Alice Rűhle-Gerstel oraz ogromnie interesujące opisy rytuałów związanych ze świętowaniem Dnia Matki w Republice Weimarskiej znaleźć można w książce Karin Hausen „Porządek płci. Studia historyczne” (tłum. Justyna Górny). Jest to lektura zdecydowanie godna polecenia wszystkim, którym figura matki oraz dzień jej (rzekomego) święta jawią się jako twory co najmniej tak naturalne, jak astronomiczne przesilenia – a z pewnością równie niewinne. Otóż nic tu nie jest niewinne.

Po pierwsze – co świętujemy? Świętujemy to, czemu na co dzień odmawiamy wartości. Tworzymy celebrację funkcji niezbędnej ze społecznego punktu widzenia, jednocześnie konstruując binarną opozycję: rodzina – świat zewnętrzny. Rodzina i matczyność to tutaj formy ochrony wobec obcości, „dzikości” i niebezpieczeństw świata poza nimi; tym samym stając się gwarantem naszej jednostkowej unikalności, naszego człowieczeństwa. Jako, że świat zewnętrzny jest wysoce sformalizowany (obszary aktywności zawodowej, publicznej czy politycznej człowieka podlegają zdecydowanie większej biurokratyzacji, niż tzw. życie prywatne) – przeciwny mu biegun narzuca się jako ten naturalny, nieunikniony, sprawowany bez żadnej kontroli czy zewnętrznego nacisku. Tymczasem macierzyństwo w kształcie, jaki znamy i w świecie, w jakim żyjemy jest absolutnie niezbędną instytucją społeczną, stanowiącą tego świata najsolidniejszy fundament. Nie jest nadzorowane bezpośrednio, a jedynie pośrednio, poprzez instytucje polityki społecznej i tzw. dobroczynność (które systemowo powstawały właśnie po to, by ingerować i korygować w postawy czy postępowanie matek nie wywiązujących się, z różnych powodów, ze swoich „naturalnych” zobowiązań).

Posiadając największy potencjał wywrotowy wobec status quo – macierzyństwo śmiało mogłoby być największym w dziejach czynnikiem nacisku dla ukierunkowania społecznych zmian, gdyby tylko „zechciało”. Zaznaczmy, macierzyństwo rozumiane jako wykonywanie niepłatnej pracy na rzecz społeczeństwa, nie biologistycznie, jako sam akt rodzenia. Ponieważ w tradycyjnym dyskursie staje się nieodzownym atrybutem płci, a nie kwestią indywidualnej decyzji, wysiłku, społecznie użytecznym działaniem – można odebrać mu wszelką ekonomiczną wartość. W sercu macierzyństwa leży od samego początku (przymusowa?) praca emocjonalna, świadczona nie tylko na rzecz dzieci, ale rozciągana także i na mężczyzn. Rodzinna relacja władzy nad kobietą, niegdyś absolutna, pozwalała pielęgnować i rozwijać kobiecy i matczyny altruizm – także absolutny, skoro kobiety miały istnieć dla innych, nie dla siebie. Tabu złej, wyrodnej matki sprzęgnięte zostało w wyjątkowo perfidny i ambiwalentny splot emocji – to właśnie sekret jego trwania.

Patrząc na obchody święta kiedyś i dzisiaj nietrudno bowiem zauważyć – prawdziwymi bohaterkami tego dnia nie są same kobiety, ani nawet ich macice. Są nimi właśnie „matczyne serca”. Ewentualnie, „ręce”, „matczyny trud”, „matczyna dobroć”, „ofiarność”, „cierpliwość”, „wyrozumiałość”. Pokawałkowane ciała, osobowości i życiorysy. Wycinki ludzi – wyłącznie te ocenzurowane i dopuszczone do rozpowszechniania jako wystarczająco „matczyne”. Matka jest tu pewną ideą, konglomeratem cech, za które jej dziękując – jednocześnie owych cech się od niej wymaga i z ich posiadania się ją rozlicza. Specjalnie przygotowywane na tę okazję wierszyki, akademie, piosenki, serwisy telewizyjne – pod niebiosa wynoszą matczyną normę, zarazem ją definiując. Biada tym, które nie zechcą wziąć jej sobie do (niewystarczająco matczynego) serca – wyrodnym sukom.

Matczyne serce (o reszcie ciała czy umysłu nie wspominając) niczego też dla siebie nie chce i nie wymaga – będąc ucieleśnieniem ideału milczy o własnych potrzebach, problemów nie posiada. Jako byt „naturalny” nie ma także – a co za tym idzie, nie artykułuje – żadnych politycznych interesów. Nawet w dniu „jej święta” matki w zasadzie mogłoby nie być – mówi się o niej lub do niej, śpiewa piosenki i recytuje wiersze. Stosowną mowę wygłasza ksiądz, dyrektor szkoły, czy nawet prezydent. Ona sama pozostaje – adekwatnie do oczekiwań – w cieniu. Cicha, bierna, w milczeniu i z zadowoleniem przyjmująca dary. Nie zabiera głosu, by przypadkiem nie zdradzić, że jednak jest człowiekiem, a nie ideałem zaczerpniętym z czytanki. Mogłaby przecież głupio chlapnąć, że ma dość tych dwóch etatów i alimentów niespłaconych od trzech lat, kurwa. Że rynek pracy jest pomyślany dla ludzi, których dzieci mają opiekujące się nimi w domu matki. A nie dla matek utrzymujących siebie i swoje dzieci. I że od macierzyństwa też mógłby należeć się urlop oraz weekend. Ale nie, nie odezwie się, nie będzie psuć nastroju.

Ten jeden dzień jest przecież dla niej, o niej – jest po to, by sfingować wyrównanie długu zaciąganego u niej na resztę roku. By przez kolejny rok móc bez poczucia dyskomfortu czerpać z jej zasobów. A że podarunki otrzymywane zwrotnie to tak śmiesznie nieadekwatna waluta? Cóż z tego, musi wystarczyć. Cukierkowy, powszechnie akceptowany scenariusz Dnia Matki odmowy przyjęcia podarunków nie przewiduje. Przewiduje wyłącznie dalsze pokorne pełnienie służby, którą tego dnia wszem i wobec ogłasza jako matczyną powinność. Więc może zdarzyć się i tak, jak w Polsce początku XXI wieku – że kobiety, zamiast odmawiać przyjmowania śmiesznie nieadekwatnych podarków w randze rekompensaty, zaczną odmawiać przyjmowania na siebie tak perfidnie ustanowionego macierzyństwa. Zadecydują, że wolą nie spełniać się w roli matek w ogóle, bo wiedzą – ta rola, raz przyjęta, nie podlega negocjacjom.

A ojcowie? Gdzie są ojcowie? O ile są, sterują całym tym spektaklem dyskretnie zza kulis, instruują potomstwo co do sposobów okazywania dziecięcej wdzięczności, przekonują do wyręczenia tego dnia matki w „jej” codziennych obowiązkach. Sami znikają zaś z pola widzenia, są bardzo zajęci. Zajęci zamienianiem się na powrót w dzieci swoich matek. Samo wezwanie do uczczenia matki zwiera w sobie przecież wyraźną, miłą obietnicę powrotu do beztroskiego dzieciństwa, przynajmniej na moment. Co wydaje się sympatyczną perspektywą dla tych, którzy matkami nigdy nie zostaną, a z idealnego ojcostwa nikt ich, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, zbytnio nie rozlicza. W Dniu Matki nie chodzi więc o matki, lecz o wychowanie do życia w rodzinie – chłopców i mężczyzn na dzieci, dziewcząt i kobiet na matki. Skoro tak, Dzień Matki celebrujmy pytaniem o ojców, których ciągle nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *