Feminizm

Emigrantki

Emigracja – trudna sprawa. Najczęściej oznacza szereg solidnych ograniczeń, odmieniających proste, codzienne sprawy. Budowanie porozumienia z ludźmi, codzienne zajęcia, wyrażanie uczuć, ekspresja siebie. To oraz każdy inny wymiar funkcjonowania – jest na emigracji mocno utrudnione. Otaczające kody języka są cudze, symbole niejasne, silnie alienuje wszechobecna niekompatybilność z resztą świata. Stajemy się zakładnikami i zakładniczkami systemów znaków, z którymi w najlepszym wypadku nie do końca się utożsamiamy, o ile w ogóle cokolwiek z nich rozumiemy. Najzwyczajniej w świecie będąc sobą – stajemy, chcąc nie chcąc, w kontrze wobec miejscowego systemu wartości. Żyjemy w rozkroku, szamocząc się pomiędzy próbami zachowania własnej tożsamości, a chęcią przynależenia, przystosowania się do oczekiwań reszty. Bez prób asymilacji – zawsze już pozostajemy marginalizowanymi odszczepieńcami, traktowanymi podejrzliwie i z tajoną lub otwartą wrogością. Witajcie w świecie kobiet.

Kobiety w patriarchacie to takie właśnie emigrantki, uchodźczynie ze świata własnych myśli i przekonań. Bez ruszania się z miejsca, bez starań o wizę, bez wyciągania paszportu z szuflady i nielegalnego przekraczania granic – żyją na cudzym terytorium, pod dyktando cudzych (najczęściej im wrogich) zasad. Wystarczy, że otworzą książkę, włączą telewizor, pójdą do szkoły albo na rozprawę w sądzie. Na każdym kroku dowiadują się o sobie rzeczy, z którymi się nie utożsamiają ani nie zgadzają. Rzeczy, które na ogół umniejszają ich wartość we własnych oczach. Chcąc sobie odjąć nieco tych niewygód, podejmują trud przystosowania się (znajdując się „w gościach” tak zresztą wypada…) i wtapiają się w kontekst – lepiej lub gorzej, ale nigdy do końca. W tym cały trick – nie da się nigdy dostosować do końca i wie o tym każda rozdarta sosna. Własna i cudza pamięć o tym, że nie jesteś „swoja” trwa w najlepsze, pomimo wszystkich dowodów lojalności i oddania, ofiarowywanych przez lata. A kobieta w patriarchacie zawsze jest obca i „inna”. Jako rozdarta sosna nie miewa znaczącego wpływu na politykę ani kształt społeczeństwa, w którym żyje. To w końcu one ma się naginać, a nie vice versa.

Możemy się w tym momencie roześmiać, nie zgodzić – co za głupia, wyolbrzymiona, dęta metafora! Kobiety stanowią połowę (a nawet ponad) ludzkości i jako takie w równej mierze partycypują w tworzeniu zasad, jakimi rządzi się społeczne życie. Jeśli współtworzą niekorzystne dla siebie zasady – świadczy to jak najgorzej tylko o nich samych. Nie może być inaczej, tak podpowiada zdrowy rozsądek. A jednak zdrowy rozsądek to – okazuje się po raz kolejny – kompletny idiota. W coraz bardziej równościowym świecie Zachodu początków XXI wieku coraz łatwiej nam zapominać o tym, że kobiety wciąż żyją w realiach i w myśl wymogów, których nie tyle nawet nie współtworzyły na równych zasadach, ale które powstały ponad ich głowami i de facto ich kosztem. Bez prawa do edukacji, bez prawa do własności, bez prawa do władzy i pozycji społecznej, bez prawa do niezależności od męskich „opiekunów”, bez praw do własnych ciał – z samymi obowiązkami, z drastycznie i odgórnie ograniczonymi potrzebami. W bardzo krótkim czasie wiele udało się zmienić, ale nie aż tyle, by świat stał się dla kobiet miejscem jakoś szczególnie bardziej własnym czy przyjaznym. Mizoginia, pogarda wobec kobiet i kobiecości są wciąż nieodłączną częścią kultury, w jakiej funkcjonujemy. Sto lat z okładem to za mało, by odkręcić trwającą grube tysiące lat kampanię nienawiści.

Tak na przykład – ile znajdzie się osób, które na poważnie wierzą, że bóg jest mężczyzną? Przecież jest, nie inaczej! Było w książkach, na obrazach, w katechizmie, na suficie w kościele i w Biblii. Bóg ojciec i syn boży. Miłosierny syn i sprawiedliwy ojciec. Nie matka, nie córka. Jest tu coś o kobietach? No właśnie. Kobieta niech cieszy się prestiżem przypisanym do jej roli i najwyżej urodzi sobie boga, począwszy go wpierw niepokalanie. Bóg to nieodwołalnie facet z brodą w wieku emerytalnym. I basta. Nawet dla tych wszystkich, którzy i które nie mają nic wspólnego z kościołem katolickim lub wręcz mówią o swoim ateizmie. Przeprowadź mały eksperyment i powiedz publicznie: Bóg jest kobietą! Czarną kobietą. Dowiesz się po niedługiej chwili, że jesteś zdrowo pieprznięta, że mogłabyś darować sobie idiotyczne wypowiedzi i wygłupy, bo to poważne tematy i możesz urazić czyjeś wrażliwe uczucia. Dlaczego pomysł, że bóg jest czarną kobietą miałby być cokolwiek bardziej absurdalny od pomysłu, że bóg jest białym mężczyzną – tego się nie dowiesz. Nawet, jeśli współczesna teologia katolicka dopuszcza modlitwę słowami „Matko nasza” – nie znajdzie to odzwierciedlenia w liturgii i ikonografii przeznaczonej do konsumowania co niedzielę przez masy owieczek. Bez przesady z tą postępowością.

Tak więc kobiety na przekór faktom zgadzają się na bycie mniejszością, z wdzięcznością przyjmują kulturowy status uchodźczyń, tolerowanych łaskawie przez rzekomych gospodarzy świata. Mają też świadomość, rzecz jasna, że status ten w mgnieniu oka może się zmienić (i jakże często zmienia się!) w zupełnie inny – w status budzącego zgrozę intruza, którego trzeba spacyfikować, uciszyć, usunąć, żeby nie szerzył_a zgorszenia złym przykładem. Wystarczy drobna, przypadkowa nawet niesubordynacja, o rozmyślnym nieposłuszeństwie nie wspominając – to, co obce jest w końcu nieobliczalne, żadne środki zaradcze nie będą w tym przypadku na wyrost. Żeby obłaskawić patriarchalny urząd imigracyjny, który tak bardzo może uprzykrzyć życie albo nawet deportować (na drugi świat), kobiety skwapliwie stosują się do wymogów akceptowanej normy. To z kolei skutkuje niemal całkowitą kulturową niewidzialnością ludzi rodzaju żeńskiego spoza obowiązującej normy. W patriarchalnej kulturze kobieta może być głównie Smerfetką – osobą obdarzoną płcią pośród osób obdarzonych bogactwem innych różnorodnych cech, funkcji i atrybutów. Jej jedynym, najważniejszym, ahistorycznym, uniwersalnym atrybutem jest sama kobiecość. I to do tej – przekłamanej, demonizowanej, oczernianej lub idealizowanej w złej wierze – kobiecości i seksualności odnosi się każdy praktycznie z historycznych oraz współczesnych tekstów kultury.

Kobiety-autorki wypadają z „uniwersalnych” tematów ludzkich i stłaczane są w gettach „kobiecej” twórczości. Kobiety-odbiorczynie konfrontują się wciąż z tym samym negatywnym, totalnym stereotypem kobiecości, napotykanym w kolejnych podręcznikach, książkach, gazetach, serialach, filmach, celebrowanych i czczonych wyimkach z kulturowego wysokiego kanonu, jak i pop-twórczości najniższych rejestrów. Epatowanie uczuciami i opisywanie emocji na granicy grafomanii – jest podobno fundamentalnie kobiece (Paulo Coelho i Janusz Wiśniewski piszą w ten sposób wszak wyłącznie dlatego, że „dla kobiecej publiki”). Wspomniane epatowanie dopuszczalne jest w tekstach kultury w ściśle wyznaczonych dawkach, na tyle, by potwierdzało ów jedynie słuszny wzorzec kobiecości. W ramach kontekstu służyć też może za dogodny kontrapunkt dla jasno i kontrastowo błyszczących, pyszniących się swoją obowiązkową męskością przymiotów ducha i ciała. Kobiety nie dość, że są w sztuce i kulturze chronicznie niedoreprezentowane i przedstawiane przez pryzmat wycinka ich osobowości w randze całości, to jeszcze ów wycinek bywa nawykowo i ustawicznie oczerniany, wyszydzany, poniżany lub traktowany czysto instrumentalnie.

Jak na dłoni widać, że naszą kulturową wyobraźnią w kontekście postaci kobiecych rządzą sztuczne, odrealnione, nieznośne wprost klisze. Sięgając po literaturę czy kino science-fiction wciąż natykamy się na kosmicznie i komicznie rozczulający płciowy binaryzm – np. na literackie i filmowe przedstawicielki pozaziemskich cywilizacji o mentalności amerykańskich gospodyń domowych dekady lat 50tych. Jakże wymowny i ironiczny staje się sukces książek takich, jak np. „Gniew” Zbigniewa Miłoszewskiego czy „Millenium” Stiega Larssona – trzeba zaznaczyć, sukces także w kręgach feministycznych – rzekomo krytycznych wobec patriarchalnej kultury. Książka Miłoszewskiego, w zamyśle występując przeciw przemocy wobec kobiet – sama staje się wehikułem, który tę przemoc napędza. Bo kobiet się nie krzywdzi, no chyba że złych, szalonych i/lub w obronie dziewic. Przesłanie „Gniewu” byłoby też doprawdy bardziej wiarygodne bez ciągłych narracyjnych zapewnień, że każda z protagonistek jest konwencjonalnie atrakcyjna, gdyby chociaż jedna z nich dysponowała jakąś realną siłą sprawczą lub własną, niezależną motywacją w toku akcji, ewentualnie, gdyby autor darował sobie Sienkiewiczowskie suspensy z porywaniem dziewic. Larsson z kolei swoją główną, silną bohaterkę nieustannie wiktymizuje oraz hojnie naznacza symptomami dysfunkcji psychicznych i emocjonalnych. Kobiety mają sztywno wydzielony kulturowy kapitał: urody, cnoty, uczuć, tworzenia relacji, których beneficjentem jest mężczyzna – i to z niego są rozliczane. A rozliczając bohaterki literackie czy filmowe, jednocześnie czytelniczkom i widzkom kładziemy do głowy dyscyplinujący przekaz: oto, co oznacza być (dobrą, prawdziwą, akceptowaną) kobietą. Wszystko inne to „chore” odstępstwo od normy. Stereotyp jest tak silny, że w przypadku twórczości historycznej już go nie widzimy, zaś w przypadku współczesnej cieszymy się z przełamywania go tam, gdzie w istocie dochodzi do jego wzmacniania, co najwyżej w lekko zakamuflowanej formie.

Seksistowskie umocowanie wszelkiego kanonu i przytłaczającej większości tekstów kultury nie pozostaje bez wpływu na ich odbiorczynie, to chyba jasne. Kobiety z reguły przyzwyczajone są do tego, że na co dzień, przy wielu okazjach, na miliony sposobów i ciągle na nowo muszą udowadniać sobie (we własnej głowie) oraz otoczeniu (werbalnie), że nie są wielbłądem. Świetnie wiedzą, że to, kim są „naprawdę” to coś zupełnie innego, niż wąsko definiowany kanon kobiecości. Wiedzą, że ich doświadczenia, możliwości i aspiracje wykraczają daleko poza popularne przedstawienia i wyobrażenia kobiet, funkcjonujące w kulturze. Wiedzą, ale milczą. A raczej dotąd najczęściej milczały i godziły się na statystowanie w wizji świata złożonej z mężczyzn, tworzonej przez mężczyzn, na użytek i dla dobrego samopoczucia mężczyzn. Godziły się, bo patriarchalny urząd imigracyjny nie lubi, kiedy ktoś przestaje okazywać wdzięczność za choćby jałowy skrawek przestrzeni do życia. Nieustanna konfrontacja z „prawdziwą” kobiecością i z kobiecością jako jedyną dostępną opcją człowieczeństwa jest też na dłuższą metę zwyczajnie męcząca. Łatwiej i praktyczniej machnąć ręką na cały ten patriarchalny cyrk, razem z jego mizoginiczną religią, historią, sztuką, filozofią, resztą.

W takich warunkach, żyjąc w ciągłej defensywie wobec negatywnego autostereotypu, kobieta nie ma jednak szans, by (porównywalnie do mężczyzny) zadomowić się w kulturze, którą zamieszkuje. Zaufanie do świata i rzeczywistości – staje się mocno ograniczone, a sama rzeczywistość – jakby umowna, niedosłowna i trochę na niby. Dużo trudniej jest też w takich warunkach włączyć się w tworzenie kultury aktywnie, w kontrze do kanonu i obowiązujących, mizoginicznych punktów odniesienia, lub też zupełnie obok nich. Szczęśliwie, kobiety-artystki coraz lepiej radzą sobie z tworzeniem alternatywnych, demaskuj,ących patriarchat znaczeń i kodów, coraz sprawniej idzie im ich rozpowszechnianie. Mimo, że wciąż są to przekazy rozproszone, bardzo wewnętrznie zróżnicowane i piętnowane jako, no właśnie, niewiarygodne bo niezgodne z normą, z istniejącą tradycją – powoli lecz systematycznie rośnie kulturowo wyzwalająca masa krytyczna. Kobiety odkrywają radość, jaką przynosi tworzenie na własny rachunek i użytek, wyrażanie siebie bez wątpliwości i kompleksów. Same definiują siebie jako osoby i same definiują swoją kobiecość jako kobiety.

Do niedawna bycie kobietą najczęściej okazywało się być sprzeczne z tworzeniem i interpretowaniem znaczeń. Kobiety były przedmiotami poddawanymi oglądowi, opisowi i sądom, nie zaś twórczymi podmiotami. W androcentrycznej kulturze zgodnie z jej założeniami czuły się inne, obce, „niezgodne” i całkowicie nie u siebie. To, co teraz się zmienia to oczekiwania i żądania, by emigrantki (będąc de facto większością) włączyły się do kultury na własnych zasadach i same zaczęły wreszcie pisać obowiązujące ogół prawa, zamiast tylko się do nich stosować. Żeby pisały swoje role nie na jakiś szczególny, określony sposób kobiecy, a tak, jak chcą; każda mówiąc o sobie i z zajmowanej przez siebie pozycji. To wypadkowa tych punktów widzenia stanie się nową normą, nie żadne narzucone z góry założenie o tym, co jest miarodajnie, wyczerpująco, rozstrzygająco i autentycznie kobiece. Seksizm obecny w kulturze być może osiągnął już takie stężenie, że kobiety się na niego uodporniły – on sam stał się szczepionką, która pozwala kobietom bez wahania i na przekór trudnościom przekraczać wyznaczane nim ramy dozwolonych zachowań.

Kobiety inne, niż stereotypowo kobiece nadal wzbudzają w kulturze, sztuce i rozrywce sensację i są rozpatrywane w kategoriach wyjątku, nie reguły; wciąż wymagają wyjaśnień, przypisów i komentarzy. Zwyczajowo nie wypowiada się w kulturowym mainstreamie innych możliwości, niż płciowy binaryzm bo słowo ma moc kreacji rzeczywistości – i jeszcze nie daj bogini to słowo stanie się (kobiecym) ciałem. A ciało zacznie żyć własnym życiem. Kobiety powrócą z wewnętrznej emigracji i pewnie wejdą w rolę gospodyń rzeczywistości. W końcu to ich miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *