Feminizm

Mansplaining – mężczyźni, którzy wyjaśniają kobietom

Ten moment, kiedy czytasz lub słyszysz coś, co odzwierciedla twoje najbardziej osobiste doświadczenia i odczucia, od których zwerbalizowania ciebie samą dzieliła wiele razy grubość włosa. Do których skutecznego pochwycenia w ramy języka brakowało przebłysku zrozumienia, by wszystko zobaczyć jasno i, wreszcie!, bez wątpliwości, w szerszym kontekście, by ujrzeć elementy układanki w bezsprzecznym splocie wzajemnych powiązań, kiedy tak często brakowało właśnie ułamka sekundy, żeby ze zjawiska subiektywnego, słabego potrzebą posiłkowania się kolejnymi incydentalnymi przykładami „z życia” – żeby z tego wszystkiego uczynić zjawisko powszechne. A stać się to może za sprawą nazwania go, przepracowania, schwytania w sieć cudzych potwierdzeń i doświadczeń, eleganckiego obezwładnienia trafnym opisem, z którego już się nie wyswobodzi. Oto zjawisko przyszpilone, którego obecności w języku, czyli istnieniu w świecie, nie można więcej zaprzeczać – obnażone, wystawione na publiczny widok i komentarz, a w razie potrzeby i chłostę. Przychodzą ludziska, kiwają głowami i nie mogą się nadziwić: Ooo, faktycznie, tak jest… Czyli jednak nie tylko ja tak mam!

Takim zjawiskiem zawsze, odkąd sięgam pamięcią, było dla mnie to, które zostało niedawno szczęśliwie pochwycone przez zachodni dyskurs i opisane jako mansplaining. Zawsze mi się, pieroństwo, wymykało. Lubiłam sobie z koleżankami ponarzekać na aroganckich, nadętych, bezzasadnie wymądrzających się chłopców, a potem facetów, jednak nawet jeśli czasem przemknęła przez myśl jakaś gorzka generalizacja na ten temat, to natychmiast ulatywała, nie pozwalając się schwytać, wspomagana w skutecznej ucieczce latami treningu pokory, zaprawiona dywersyjnymi nawykami siania zwątpienia we własnej głowie i ograniczonego ufania swoim opiniom i obserwacjom, wahająca się empatycznie i idiotycznie przed pochopnym „krzywdzeniem niewinnych”.

Jednak stało się – oto gdzieś daleko, osoba bardziej zdecydowana i lotna, skutecznie, odważnie i błyskotliwie podjęła pierwszą próbę skonkretyzowania problemu – i to próbę niewątpliwie udaną. Pisarka Rebecca Solnit w 2008 roku opublikowała esej o wszystko mówiącym, smagającym ironią tytule: Men Explain Things To Me. Długi okres, przez jaki temat dojrzewał i leżakował nietknięty, na półce z oczywistościami – natychmiast obrodził lawiną komentarzy, przypisów, odnośników, rozwinięć. Tak, okazało się, że wszystkie widzimy i słyszymy to samo, a kolektywna mądrość internetu bardzo szybko nadała temu nazwę. Skonkretyzowała, poddała wstępnym pomiarom i analizom fenomen, który ewoluował w ciągu zaledwie parunastu tygodni w społeczną diagnozę zjawiska o nazwie: mansplaining (etymologia: man + explaining, czyli objaśniający nam świat mężczyźni).

Pojęcie jest do tego stopnia czytelne i rozpoznawalne, że wiele osób słyszących je po raz pierwszy podkreśla trafność, adekwatność i natychmiastowe zrozumienie dla zastosowania terminu. Przed oczyma pojawia się dobrze znana sytuacja – rozmowa, w której brałyśmy udział, lub której się przysłuchiwałyśmy: scena wymiany zdań między parą zakochanych, grupą nastolatków albo znajomych z pracy, ludzi siedzących przy stoliku obok w pubie, spotkanie rodzinne. Zawsze i w niemal każdym otoczeniu znajdzie się w zasięgu słuchu ktoś ucieleśniający w punkt koncepcję mansplainingu.

Termin odnosi się do sytuacji rozmowy między kobietą i mężczyzną, a precyzyjniej – do sytuacji, kiedy to mężczyzna mówi lub usiłuje „przegadać” kobietę. Odnosi się też oczywiście do sposobu, w jaki manspleiner to robi: nie mówi – przemawia. Przemawia z pozycji wiedzy i władzy, zawłaszcza bez reszty dyskurs, jakiejkolwiek sfery by nie dotyczył. Praktycznie zawsze wtedy, kiedy w rozmowie bierze udział kobieta, mansplainer przyjmuje bezwiedne założenie, że tylko on może pełnić w konwersacji rolę eksperta, źródła rzetelnej, „obiektywnej” wiedzy i sprawdzonych informacji. Niezależnie od tematu dyskusji i komptenecji interlokutorki do jej prowadzenia, jej argumenty będą zbywane (a nie zbijane), doświadczenia umniejszane (lub ignorowane), a jej wiarygodność podważana (poprzez pobłażliwe, zaczepne lub agresywne odnoszenie się do większości jej wypowiedzi). Im szersze grono, w którym toczy się rozmowa – tym ostrzejsze i bardziej nieczyste bywają chwyty stosowane przez mansplainerów, do argumentów ad personam i uwag na temat wyglądu i fizycznej atrakcyjności włącznie.

Przykłady? Ten najsłynniejszy, pochodzący z artykułu samej Solnit, przywołuje sytuację, w której gospodarz przyjęcia (starszy, dystyngowany, inteligentny pan) dobrotliwie, acz protekcjonalnie, zagaja pisarkę o jej bieżącą pracę. Słysząc, że skończyła właśnie pisać książkę o Eadweardzie Muybridge’u zaczyna ją przepytywać ze znajomości jakiejś innej, „niezmiernie ważnej książki o nim, która ukazała się zupełnie niedawno”, a której, okazuje się, sam nie czytał. Gdyby bowiem przeczytał książkę, a nie tylko pobieżnie rzucił okiem na jej recenzję umieszczoną w New York Timesie, wiedziałby, że pozycja o której ze znawstwem rozprawia to ta, której autorką jest sama Solnit. Nie przyszło mu do głowy, by potraktować autorkę jako równorzędną partnerkę w rozmowie – automatycznie założył, że cokolwiek zrobiła, jest to pośledniej jakości i funkcjonuje gdzieś w tle, w trzecim obiegu, bez większego znaczenia. Zaś depozytariuszem istotnych wartości jest on i to on obcuje z dziełami o rzeczywistej głębi (choćby tylko czytywał recenzje w popularnej prasie, a nie same książki). Trzy razy towarzyszka Solnit próbowała przerwać owemu panu monolog streszczający dzieło, o którym miał tak przecież liche pojęcie, dopiero przy kolejnym powtórzeniu zrozumiał sens zdania: – Ależ to jest jej książka! Przykład oczywiście dość jaskrawy – niecodzienny i zabawny zarazem. Jednak praktyka dnia codziennego obfituje w dużo mniej spektakularne, czasem subtelniejsze, czasem pośledniejsze, za to zawsze perfidne zastosowania tej złotej reguły – umniejszyć rolę kobiety w rozmowie, umniejszyć znaczenie jej wypowiedzi, choćby symbolicznie postawić się wyżej. Inna autorka w tekście More than words: Mansplaining wspomina sytuację z metra, gdzie podczas podróży kilka dziewczyn na głos powtarzało materiał, ucząc się do egzaminu w szkole medycznej. Jedna z nich przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, gdy wtem współpasażer sam i niepytany udzielił jej autorytarnym tonem. Mimo, że odpowiedź była całkowicie błędna, mężczyzna bez wahania przyznał sobie prawo by publicznie zamanifestować swoją rzekomą wiedzę, a co za tym idzie – symboliczną przewagę nad grupą młodych kobiet. Nawet, jeśli potem zrobiło mu się głupio – to przecież przez chwilę w zupełnie irracjonalny sposób wierzył, że jest mądrzejszy od nich, mądry tylko z racji bycia mężczyzną. W internecie, mediach tradycyjnych i mediach społecznościowych codziennie widzimy przypadki pouczania kobiet z wyżyn bezrefleksyjnej rzekomej kompetencji – czy temat dotyczy podróży w przestrzeń kosmiczną, sportu czy teorii strun.

Mansplaining ma różne odcienie. Awersem zjawiska jest po prostu ciężkostrawna, tępa bufonada, nadęcie i zadęcie, ostrzeliwanie rozmówczyń opowieściami z własną wielkością i wspaniałością w tle lub między wierszami, namolne streszczanie wszelakiej własnej aktywności, w tym intelektualnej, do tego w taki sposób, jakby bez wyjątku była boskim aktem tworzenia, a nie prostą konsumpcją. Gładkiej, oznajmującej powierzchni tonu, przybieranego przez manspleinera nie zakłóca nigdy najlżejsza fala zawahania, czoło pozostaje nieskalane głębszą refleksją – konsekwentnie obstaje przy prawdach „uniwersalnych”. Rewers tej monety to tropienie w wypowiedziach kobiet najdrobniejszych nieścisłości, wyolbrzymianie każdego niefortunnie użytego sformułowania albo określenia, próby ośmieszania, onieśmielania i zniechęcania do zabierania głosu, agresja słowna, ewidentne próby poprawiania sobie samopoczucia i samooceny kosztem rozmówczyń. Zachowywanie się tak, jakby dziedzina wypowiadania (wartościowych) opinii i wymiany (przemyślanych, pogłębionych) poglądów była wyłącznie domeną mężczyzn, robienie tego w sposób ostentacyjny i głośny, na pokaz. Sama rozmowa staje się tym samym dla kobiet poligonem walki o publiczne i intelektualne istnienie. Podczas tych manewrów są one wiecznie spychane do defensywy – to facet domyślnie ma monopol na nieomylność, należy go słuchać z uwagą, obdarzać jego wypowiedzi uznaniem, a jego samego szacunkiem i podziwem. Wszystko, co mówi kobieta z definicji należy zaś traktować podejrzliwie, z dużą dozą ostrożności i nieufności, bo cokolwiek powiedziała – pewnie coś się jej pomyliło.

W głowie mansplainera podczas formułowania wypowiedzi skierowanej do kobiety nie postanie natomiast absolutnie żadna myśl, która skłoniłaby go do refleksji krytycznej – skoro ona tak mówi, a ja się z nią nie zgadzam, to może po prostu jej doświadczenie jest inne, może ma rację, albo chociażby – może moja racja jest tylko częściowa, bo odzwierciedla wyłącznie mój punkt widzenia? Nie, mansplainer wierzy w słuszność każdego własnego sądu i trafność wypowiadanego słowa, jakby padało z ust samego fallocentrycznego boga. Każdy mansplainujący facet w sumie poczuwa się do bycia takim mini-bożkiem, ustalającym zasady i dyktującym dekalogi. W efekcie wszystkie i wszyscy musimy żyć w świecie szytym przez i na miarę owych zadowolonych z siebie chłopców. W którym ich definicje zjawisk ściśle przylegają (w ich mniemaniu) do rzeczywistości i żaden inny, nienazwany przez nich fragment świata, nie zasługuje na uwagę. Oni sami wiedzą najlepiej, czego trzeba innym, choć nigdy nie chcieliby się znaleźć w butach którejkolwiek z tzw. społecznych mniejszości, wytworzonych przez ich „ogólne”, z definicji wykluczające normy. W istocie nie rozumieją sedna specyficznych problemów, z którymi owe „mniejszości” (kobiety, osoby z niepełnosprawnością i ich rodziny, osoby LGBTQ+, osoby innych, niż dominujące wyznań, rodziny nietradycyjne i nienuklearne itp.), czyli de facto większość, się borykają. Nie rozumieją bowiem nikogo prócz samych siebie – transparentnych, wzorcowych obywateli, z myślą o których tworzone są „uniwersalne” i transparentne prawa. Prawa ufundowane na przywileju słuchania jedynie własnego głosu i odbierania go innym, by utwierdzać się w poczuciu swej własnej słuszności.

Tu dochodzimy do polityki, a wiedzieć trzeba, że sposób uprawiania mansplainingu w polityce jest specyficzny. W końcu cały system przedstawicielski opiera się (w wersji idealnej) na głosie tych, którzy i które mówią publicznie o nas i za nas, którym podobno ufamy, że wiedzą (i powiedzą) lepiej, że są mądrzejsze_si lub chociaż skuteczniejsze_si w osiąganiu kolektywnych celów. Politycy w Polsce, uprawiając mansplaining w sposób absolutnie zinternalizowany, podświadomy i bezrefleksyjny, całkowicie zdaje się uwierzyli w swoją rolę. Uwierzyli, że wiedzą lepiej, i że nie muszą nikogo pytać, ani nikogo słuchać. W szczególności kobiet. Mansplaining w polityce ma miejsce wszędzie tam, gdzie mężczyźni odmawiają kobietom prawa do bycia obywatelkami, do rozporządzania własnym losem zgodnie ze swoją wolą, do dawania świadectwa własnemu doświadczeniu i traktowania tego świadectwa przez instytucje państwa poważnie i wiążąco. Twierdzą, że to właśnie oni wiedzą lepiej, oni wiedzą w y ł ą c z n i e, co myślą i jak czują „prawdziwe” kobiety, do których na przykład nietradycyjnie usposobione feministki się według nich nie zaliczają. Mimo, że kontestatorki tradycyjnego status quo mają bezsprzecznie więcej wspólnego z konserwatywnymi kobietami i ich doświadczeniami w każdym względzie, niż najbardziej konserwatywny z centroprawicowych męskich polityków – ci ostatni nadal uzurpują sobie prawo do decydowania, co jest „prawdziwie” kobiece, a co nie, którym tematom należy się uwaga, a którym nie, na co kobietom można pozwolić w aspekcie kontroli nad swoim ciałem, a na co nie. Dziel i rządź – udało się w ten sposób skutecznie odwrócić uwagę części kobiet od faktu, że decyzje w zakresie najbardziej istotnych dla ich życia spraw podejmuje się ponad ich głowami, zupełnie jak decyzje w odniesieniu do dzieci. Najjaskrawszym przykładem pozostaje tu kontrola własnej płodności i seksualności. Absurd tak powszechny, tak odwieczny, tak oswojony – że aż oczywisty, dla większości tradycjonalistycznego społeczeństwa absolutnie przezroczysty i akceptowalny. Krótko mówiąc – kolejny do nazwania, krytycznego upowszechnienia i rozbrojenia.

Samo pojęcie mansplaining ma swoje ograniczenia, jednak chwilowo ciesząc się jego świeżo uzyskaną użytecznością – tym razem nie będę się na nich skupiać, zresztą to złożone zagadnienia (chodzi m.in. o obcojęzyczny źródłosłów, z którego może wyniknąć podobny pasztet co z nieszczęsnego gender, czy o nazbyt heteronormatywne, esencjalistyczne, upraszczające i wykluczające wobec osób queer nazywanie sprawy). Oczywiście, pod każdym tekstem na temat mansplainingu można z reguły znaleźć całą gamę komentarzy popełnianych przez rasowych mansplainerów, idealnie ilustrujących termin i wypełniających jego ramy. Podobnie jak z powiedzeniem, że komentarze pod większością artykułów na temat feminizmu uzasadniają istnienie feminizmu. No i oczywiście nie chcemy krzywdząco generalizować – nie każdy mężczyzna pozwala sobie na bezmyślny mansplaining. Ale robi to tak wielu i zjawisko uciszania głosu kobiet w Polsce jest tak powszechne, że czas zwrócić szanownym panom uwagę, by wreszcie nabrali pokory i ogłady, czas ich poinformować, że zostali namierzeni i zdiagnozowani. Na takich jak oni są już skuteczne sposoby! Spotykając przy wielu okazjach mansplainerów wywodzących się z bardzo różnych środowisk – rówieśników, urzędników, profesorów, przedsiębiorców, panów na budowie, żuli pod monopolowym, studentów piątego roku kulturoznawstwa, dresiarzy, kolegów po fachu czy bliżej nieokreślonego statusu zarozumiałych obywateli w autobusie – nieodparcie nasuwa się wniosek: z niewzruszoną pewnością siebie, ale jednak pieprzą oni bzdury. Czas im o tym powiedzieć – głośno, wyraźnie i upewnić się, że dobrze usłyszeli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *