Feminizm

Niewidoczna praca kobiet

Zbliża się ten cudowny, magiczny, wyjątkowy czas w roku, kiedy sytuacja kobiet gwałtowanie pogarsza się względem i tak lichej już normy. Kiedy składane na ich barki obciążenia wraz z ubywającymi kartkami kalendarza pochłaniają także i resztki sił (z tych żelaznych zapasów). Tchną lodowatym i niemożliwym do zakwestionowania autorytetem rytuałów uświęcanych tradycją, do cna zabetonowanych przyzwyczajeniami i indywidualnym sentymentem. Tutaj nie występują tryby odwoławcze, nie dopuszcza się myśli o zaniedbaniach czy zaniechaniach. Święta to Święta. Święta są w raz roku. Przynajmniej raz w roku na Święta być musi (tu wstaw dowolną z miliona fanaberii).

Jednak nie o lukrowaniu pierników, polerowaniu zastaw czy aranżowaniu świątecznych akcentów dekoracyjnych ma być ten tekst – ten tekst powstaje z myślą o wszystkich dziewczynach i kobietach z heteroseksualnych, monogamicznych związków, które niestrudzenie, każdego kolejnego roku wysyłają w świat życzenia wszelkiej pomyślności, podpisując je nie tylko własnym, ale i swoich partnerów imieniem. Wierzą, że ta ich mrówcza, oddolna, drobna inicjatywa – zwielokrotniona kolejnymi żelaznymi datami, gromadzonymi pracowicie w terminarzach – zaowocuje ostatecznym i nieodwracalnym utrwaleniem więzi (w oczach własnych, partnerów i świata). Utrwaleniem więzi nie tylko z adresatkami_tami życzeń, ale i (a może w szczególności) z osobami, z których czynią mimowolnych nadawców tych komunikatów. To tekst dla tych wszystkich, które (i którzy, choć rzadziej) z „ja” czynią „my”.

Ktoś mógłby powiedzieć – zwyczajny, prosty gest, który nic nie kosztuje. Tyle, co dodanie kilku literek. Robienie „my” z „ja” wcale nie jest jednak rzeczą prostą i wcale nie sprowadza się do kilku literek więcej wystukanych w smsie – wyjaśniać tego nie trzeba większości dorosłych osób, które kiedykolwiek próbowały budować trwałe relacje z innymi osobami. Repertuar pracy emocjonalnej prawie nigdy nie sprowadza się do okazjonalnego wysyłania pocztówek. To wisienka na torcie codziennego mozołu: wysiłku zabezpieczania wspólnego czasu (z czegoś czasem lub nawet na ogół trzeba zrezygnować, by w ogóle był), troski o jakość tego czasu, troski o to, by czas ten był możliwie satysfakcjonujący i zaspokajał ważne potrzeby (w pierwszej kolejności czyjeś potrzeby, bo „mi to w sumie wszystko jedno, co dziś będziemy robić”), zapewniania psychicznego komfortu bliskich, słuchania, pytania, koncentrowania się na kimś, interesowania się nienachalnie, ale i bez proszenia się, współodczuwania na życzenie, wspierania na miliony mniej lub bardziej subtelnych sposobów.

Cementowanie relacji wobec faktu, że dorośli ludzie to dość złożone i kłopotliwe stworzenia, a także wobec tylu wrażliwych obciążeń – to konkretne wyzwanie i konkretny kawał roboty do wykonania. Prędzej czy później, pojawiają się też konflikty do zażegnania, nieporozumienia do wyjaśniania, pojawia się konieczność wyciągania ręki do zgody, żeby relacja w ogóle mogła trwać. Moje pokolenie zaludniają kobiety, które boją się, że ich relacje skończą się natychmiast, dokładnie w tej sekundzie, w której to one przestaną jednostronnie podtrzymywać te relacje przy życiu. Doświadczenie mojego pokolenia kobiet oraz pokolenia naszych matek pokazuje, że na ogół mają rację. Mężczyźni z takich relacji pracę emocjonalną mniej lub bardziej świadomie traktują jako „naturalne” uwarunkowanie kobiet, element gotowego pakietu, który mają zagwarantowany, wiążąc się z kimś na stałe. Wobec czego sami ze spokojem i absolutnym przekonaniem umywają od niej ręce. W sferze zaangażowania w najlepszym wypadku zostają przy słowach i oburzają się skrycie, gdy to nie wystarcza.

Heteronormatywne kobiety mają więc tendencję do brania na siebie ciężaru gatunkowego relacji w niesłychanie nieproporcjonalnym stopniu, zaś heteronormatywni mężczyźni mają tendencję do beztroskiego i pozbawionego autorefleksji pozostawiania tego ciężaru w nieproporcjonalnie wielkim stopniu na barkach kobiet. Często oznacza to odpowiedzialność nie tylko za nową relację, ale i za utrzymywanie dodatkowych relacji z rodziną i bliskimi partnera. Wszystko to napędza genderowo skalibrowane perpetuum mobile, którym z kolei żywi się cały nasz system społeczny. Wspólnie pasożytujemy na emocjonalnej i opiekuńczej pracy kobiet, cichcem umawiając się jednocześnie, że oficjalnie nie uznajemy ich wysiłków w ogóle za pracę! Umawiamy się wierzyć, że kobiety tak są „skonstruowane”, taka ich „kobieca natura”. Poświęcać się dla bliskich, bezinteresownie dbać, troszczyć się, nie myśleć o sobie, empatyzować choćby nawet z obcymi (nie pomnę ile razy nieznani mężczyźni zaczynali znienacka atakować mnie kompletnie nieistotnymi historiami ich życia i wyimkami z narcystycznych osobowości, domagając się aktywnej uwagi i obrażając się, kiedy wreszcie udawało mi się skutecznie ich spławić). Kultywowany w ten sposób mit hiperemocjonalnych kobiet buduje jednocześnie swoje przeciwieństwo – mit obojętnych, nieemocjonalnych mężczyzn. Takich nieczułych drani bez serca, albo takich, którym na ckliwe pierdoły zwyczajnie brak czasu. Zawsze mają coś rozumniejszego, sensowniejszego do roboty, zawsze coś „ważniejszego” aby na tym skupić uwagę i temu poświęcić energię. Nie „babskim” emocjom, byle tylko nie im.

Tymczasem, w przypadku mężczyzn cała praca emocjonalna tak często bywa wykonywana za nich i bez ich aktywnego udziału, że nawet nie zauważają, że korzystają z jej owoców, że w równym co kobiety stopniu żyją emocjami i potrzebują ich jak powietrza. Tak, pozwólmy tej skrajnie kontrowersyjnej tezie wybrzmieć – mężczyźni są ludźmi i mają uczucia. Potrzebują troski, bezpieczeństwa, codziennej obecności, uwagi, miłości – nawet nie wiedząc o tym z reguły, wszystko co dostają biorąc za pewnik, za stan naturalny i punkt wyjścia, nie dojścia. Mężczyźni potrafią czerpać radość i satysfakcję nie tylko z brania, ale i z dawania. Niemniej ich potrzeby emocjonalne zaspokajane są przez rzesze kobiet na tyle dyskretnie, by mogli chełpić się samczymi sercami wykutymi wprost z kamienia lub też nawet z lodu. Tacy mężczyźni nie tylko wyobrażają sobie, że sami nie mają uczuć czy emocjonalnych potrzeb, nie tylko nie wiedzą, jak swoje własne emocjonalne potrzeby należy zaspokajać – ba!, oni nie podtrzymują w sobie nawet cienia świadomości, że sami mogliby zaspokajać emocjonalne potrzeby innych osób, w tym kobiet.

Dlatego relacje współczesnych mężczyzn tak często wyglądają jak kruche wydmuszki – niby są, a jednak bez treści. Niby tyle bliskich osób wokół, a okazuje się, że męża i ojca nikt zwyczajnie nie zna, ani jako kogoś bliskiego, ani nawet jako człowieka. Koledzy jacyś są, z reguły, ale głównie od wódeczki i/lub innych rozrywek. Nieumiejętność „obsługiwania” relacji i uczuć prowadzi do sprowadzenia ich do roli spektaklu, pozorów. I mężczyźni wciąż bardzo często zadowalają się tymi pozorami, całą resztę robią za nich i tak kobiety – matki, partnerki, koleżanki, siostry, z czasem córki. Bo przecież mężczyźni „są w tych sprawach tacy nieporadni”. Bo przecież „nie potrafią o siebie dbać”, więc nie wymagajmy tego od nich. Dziwmy się hałaśliwie i niezdrowo tym, którzy zachowują się jak ludzie, zachowują sobie prawo do okazywania pełni emocjonalnej wrażliwości, dojrzałości i głębi. Róbmy z nich ostentacyjnie wyjątki, nie normę. Uznawanym obrazem męskości pielęgnowanym w randze kulturowej normy pozostawmy anachroniczny konstrukt mężczyzny jako wiecznego, emocjonalnie upośledzonego chłopca.

Dawanie, takie od serca, to wyczerpująca, nieustająca, stresująca i wyjątkowo niewdzięczna robota. Oczekiwanie wykonania tej konkretnej, ciężkiej i żmudnej roboty rozciąga się praktycznie bezwiednie i automatycznie na wszystkie bez wyjątku kobiety, a nawet dziewczynki. Robią to wszyscy i wszystkie, łącznie z nimi samymi. Gdyby choć na jeden dzień kobiety podjęły strajk włoski, odcinając mężczyzn i dzieci (wszystko, o czym tu mowa dotyczy też matek!) od swojego serca i żelaznych zasobów uwagi, troski, słuchania i rozumienia – jako społeczeństwo doszłybyśmy i doszlibyśmy do ściany. Uznałybyśmy i uznalibyśmy, że życie w kapitalistycznym społeczeństwie jak nasze, urządzonym na użytek indywidualnych wyborów i indywidualnego komfortu poszczególnych i nielicznych osób, bez całej tej przyziemnej pracy emocjonalnej, wykonywanej przez kobiety – byłoby nieznośne. Oraz, co bardzo prawdopodobne, doszłybyśmy i doszlibyśmy do zgodnego wniosku, że jednak straszliwe, podłe sucze są z tych całych kobiet! No jak one mogły tak nas zaniedbać, opuścić!? Wystarczy, że kobieta nie wywiąże się z przymusu emocjonalnego dawania, by zostać napiętnowaną. Uznaną za „zimną”, wyrachowaną, pozbawioną uczuć i niezdolną (niezdatną?) do życia we wspólnocie.

To jeden z najbardziej krzywdzących podwójnych standardów, jakie istnieją w naszej seksistowskiej filozofii organizowania społecznego życia. Kobiety od zawsze przyuczane do bycia „tymi mądrzejszymi” – kończą jako te najtwardsze. Te, które własne potrzeby emocjonalne muszą zaspokajać same albo wyprzeć je w ogóle, bo na co dzień „naturalnym” porządkiem rzeczy jest, że pierwszeństwo ma cały sznureczek potrzeb emocjonalnych innych osób, przede wszystkim mężczyzn. Nasze rodzinne kobiety, matki gastronomiczne, „ciche anioły” nie mają rzecz jasna własnych żon, które by mogły o ich potrzeby emocjonalne zadbać. Czasem mają przyjaciółki – stąd kobiece ceremonie „wyżalania się”, spotykania i wypuszczania pary, niekończącej się litanii skarg i żalów, których ktoś wreszcie ma cholerny obowiązek wysłuchać. Udzielić uwagi, zapewnić zrozumienie. To pułapka. Zrozumienie prowadzi do rozładowania napięcia, by cała sekwencja zdarzeń mogła się powtórzyć.

Tak, zdecydowanie marzy mi się emocjonalny strajk włoski wszystkich kobiet, które przestaną rozumieć własne poświęcenie. Przez tydzień, miesiąc lub choćby dzień – strajk kobiet skupiających się bezwstydnie, otwarcie i bez poczucia winy wyłącznie na własnych emocjonalnych potrzebach. Sobie poświęcających uwagę, serce i troskę, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. To przecież jest najnaturalniejsza rzecz pod słońcem – w myśl teorii antropologicznych, hołubiących w naszej kulturze instynkty przetrwania (które dla instynktów kobiet czynią jednocześnie tak znaczący wyjątek). Marzą mi się także (fakt, perwersyjnie nieco) setki tysięcy mężczyzn, szlochających gdzieś w kątku w poczuciu opuszczenia, krzywdy i osamotnienia. Odkrywających, że ich sfera emocjonalna istnieje, jak najbardziej istnieje! I nie jest z kamienia. Że potrafi być rozległa i dolegliwa, a jej obsługa wymaga konkretnych umiejętności, czasu, chęci i wielkiego wysiłku wkładanego na bieżąco w należyte jej funkcjonowanie. Odkrywających wreszcie, że i dla nich ta wiedza może być dostępna i dostępne są dla nich dokładnie te same (nie kobiece, a ludzkie) umiejętności: opieki, troski, empatii, poświęcenia.

Wiem dobrze i cieszy mnie bardzo, że i bez włoskiego kobiecego strajku odkrywa to (coraz częściej) wielu. Niemniej taki strajk włoski na powszechną skalę mógłby znacząco przyspieszyć proces czynienia z konstruktów toksycznej męskości (od jakich roi się w tym neurotycznym świecie) – pełnoprawnych, pełnokrwistych ludzi. Na skalę mikro taki indywidualny emocjonalny strajk mógłby zaś zakończyć nasze własne, niesatysfakcjonujące, zbyt jednostronne relacje – lub zamienić je w takie dużo bardziej satysfakcjonujące, w te zrównoważone. Taki strajk mógłby nauczyć mężczyzn dawania, a kobiety – brania. W związku z tym może warto zacząć od malutkiego, drobniutkiego i kompletnie pozbawionego znaczenia mikroeksperymentu i życzenia świąteczne, jeśli to my je wysyłamy, podpisać w tym roku wyłącznie swym własnym imieniem.

/grudzień 2015/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *