Feminizm, Inne teksty

Od kiedy czytam wyłącznie kobiety

Moje życie stało się lepsze, od kiedy czytam (niemal) wyłącznie kobiety, a decyzję o tym podjęłam jakieś dwa lata temu. Polecam każdej osobie, a z pewnością każdej kobiecie, zafundowanie sobie co najmniej jednego takiego roku w życiu, kiedy głos kobiet ma szansę naprawdę przebić się do świadomości przez rozwydrzony, głośny i arogancki humbug niemal czysto męskiego kanonu. Polecam samodzielne wyrobienie sobie opinii o tym, czym jest styl poszczególnych pisarek, tak często zbywany i lekceważony, obdarowywany hojnie pogardliwymi etykietkami w rodzaju: pisanie „konfesyjne”, „emocjonalne”, „kobiece”. Polecam wyrobienie sobie z pierwszej ręki opinii o treściach, które Autorki przekazują, pisząc – a piszą czasem nadludzkim wysiłkiem, wbrew wszystkim okolicznościom życia, chcącym nie tylko wyśmiać, umniejszyć i zlekceważyć, ale też uciszyć ich głosy.

Dziś np. przeczytałam quasi-autobiografię Sylvii Plath „Szklany klosz” i dowiedziałam się z niej, że przez całe swoje życie cierpiała ona dotkliwie na patriarchat, choć obowiązująca obiegowa opinia o niej głosi, że przecież na depresję. Źródła i powody nasilania się epizodów depresji pozostają zazwyczaj dyskretnie przemilczane. Świadoma swego ogromnego talentu, Sylvia Plath u progu wkroczenia w dorosłość drżała o niego i o siebie; zmagała się z lękiem przed skutecznym wtłoczeniem jej w narzucane jej z każdej strony poślednie role dostępne dla kobiety. „Szklany klosz” chronił ją przed światem widzącym w niej od momentu ukończenia szkoły wyłącznie stenotypistkę, sekretarkę, recepcjonistkę i ewentualną żonę lekarza, zamiast niej samej oraz jej talentów.

Kobietom zawsze udawało się przezwyciężać tego rodzaju lęki i trudności, by znajdować właściwy, trafny, pełen życia język dla opisania swojego doświadczenia – kulturowa gigantyczna luka ilościowa tego opisu nie wynika wcale z braku piszących kobiet. Brakującym elementem jest zawsze selektywna uwaga słuchaczy i słuchaczek, wolących o kobietach czytać u piszących bardziej przecież „obiektywnie” oraz „racjonalnie” mężczyzn. Jest tak nawet wtedy, gdy spuściznę pisarki, jak w przypadku Plath, dziedziczy po niej partner z historią stosowania wobec niej przemocy; cenzurujący, a nawet niszczący niewygodne dla siebie rękopisy. A potem, po latach, sam zgarniający hojne nagrody literackie za własną wersję opisu ich relacji. Takie wychodzące spod męskiego pióra opisy relacji i opisy kobiet nigdy z kolei, dziwnym trafem, nie są naznaczane jako „konfesyjne” czy „emocjonalne”. O zarzucie obłudy nie wspominając.

Złe książki, pisane przez kobiety? Rzecz jasna, istnieją też takie (jak ostatnio zbiór opowiadań autorek fantastyki, piszących zbiorowo pod pseudonimem „Harda horda” – oddam bez żalu, kto chce?). Jednak od kiedy czytam (niemal) wyłącznie kobiety, złych książęk jest w moim życiu zdecydowanie mniej, niż wcześniej. Zdecydowanie rzadziej kończę czy wręcz przerywam lekturę wkurzona i zniecierpliwiona pozą, grafomanią, banałem, infantylizmem, tanim efekciarstwem czy choćby i mizoginią. Czytając o życiu i świecie z perspektywy kobiet czuję się dużo głębiej, niż kiedykolwiek wcześniej włączona do kulturowego obiegu, który wreszcie jest także dla mnie i o mnie – czuję się jego częścią, rozumiem go, inspiruje mnie i wzmacnia. Czuję się wreszcie reprezentowana. To pewnie musieli od zawsze czuć w kulturze mężczyźni? To właśnie do tego służył im dotąd system edukacji? No spoko. Tylko niech się teraz łaskawie posuną. Trafnych reprezentacji starczy dla każdej i każdego.

Czytając kobiety nie jestem już wreszcie wieczną „inną”, wiecznie oczernianym dziwadłem, wielbłądem – kobietą z perspektywy mężczyzn. Jestem częścią kultury, w której głos kobiet ma znaczenie i ma swoją wagę. To, o czym Autorki pisały i piszą do siebie, do mnie i do świata po prostu JEST ważne – nie trzeba tu zaczynać od fundamentalnego seksistowskiego pytania: CZY ważne? I choć są Autorki, które nadal swojej szansy upatrują w podlizywaniu się obowiązującym literackim schematom (np. postać ojca, często idealizowana na wszystkie sposoby przez – co znamienne, nagradzane – młode pisarki) albo takie, które po prostu idą na skróty, na łatwiznę, z braku odwagi lub talentu próbując udawać albo naśladować – to jednak czytanie samych bez wyjątku kobiet pozwala też wreszcie dostrzec masę krytyczną kobiet mówiących i piszących spektakularnie dobrze: szczerze, bez ogródek, nieustraszenie, prosto z trzewi, niczego się nie bojących. Zawdzięczamy tym kobietom wszystko – to ambasadorki naszego człowieczeństwa. Nie bać się mówić szczerze i własnym głosem, z głębokim poszanowaniem dla własnej wrażliwości to absolutna podstawa pisania, które jest dobre i się nie starzeje, i z którego zawsze już będą mogły czerpać inne kobiety, wszystkie osoby i cały kanon – wystarczy chcieć słuchać.

Więc jak i ja – czytajcie (niemal) wyłącznie kobiety. Nie: pól-na-pół, nie: w większości. By na własnej skórze poczuć realną różnicę, przyjmijcie to za absolutną zasadę i rzadko czyńcie uzasadnione wyjątki. Traktujcie pisanie kobiet tak, jak nauczono was traktować pisanie mężczyzn – priorytetowo. I wtedy nagle okazuje się, że priorytetowe są same kobiety. Tak właśnie działają kultura i literatura. Czary!

***

Tekst pierwotnie ukazał się na Facebooku 11 sierpnia 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *