Feminizm, Inne teksty

Strong is (not) sexy

„Strong is sexy” – wciska mi z rana reklama mniejsza już o to czego na fejsie. Nie, nie jest „sexy”. Pewność siebie wynikająca z samoakceptacji jest seksowna; lubienie własnego ciała, traktowanie go z cierpliwością i ze zrozumieniem jest seksowne; otwartość, wiara i pogoda ducha w pokonywaniu własnych ograniczeń – są seksowne jak jasna cholera; angażowanie się w ruch i wysiłek całą sobą, walczenie w sporcie na miarę swoich możliwości i nie odpuszczanie – to wszystko owszem, jest bardzo seksowne.

Bardzo wiele rzeczy można uznać za „seksowne”, w zależności od gustów, jednak umówmy się: bycie silną kobietą w naszej kulturze z pewnością do nich nie należy. Silne kobiety nie wyglądają zresztą zwykle tak, jak Pani trzcinka ze zdjęcia – wiotka, wyżyłowana, z widocznymi mięśniami, jednak wciąż bezpiecznie mieszcząca się w rygorystycznych przedziałach wymiarów od-do, w wadze poniżej 60kg. W dziwacznej, nienaturalnej pozie wyginająca się przed obiektywem. Naprawdę silne kobiety wyglądają jak Agata Wróbel, jak Iwona Guzowska, jak Serena Williams. Oraz jak nasze matki i babki całe życie, dosłownie i w przenośni, dźwigające ciężary. Swoją siłę czerpią z szerokich ramion, mocnych pleców i rozłożystych bioder, a nie z tego, że w wyniku cudownego programu treningowego udało im się zejść z 68 do 60cm obwodu w pasie (kolejny autentyk z fejsikowych reklam).

Bycie seksowną i bycie wysportowaną (silną lub wytrzymałą) nie ma NIC wspólnego z wyglądem, z konwencjonalną atrakcyjnością fizyczną. Nie mówiąc już o tym, że kobiety bywają niesamowicie silne oraz wytrzymałe w sposób kompletnie nieświadomy, niczego nigdy nie trenując – siły się od nas wymaga i ją egzekwuje, jednocześnie robiąc wszystko byśmy nie uważały swojej siły za siłę. Dlatego takie obrazki – silna jest rzekomo właśnie szczupła Pani z widocznymi mięśniami, a nie duża kobieta dźwigająca zakupy. Duża kobieta dźwigająca zakupy to przecież klasyczna „słaba płeć”. Do pasji doprowadza mnie tu stawianie znaku równości i dowodzenie, że „wysportowana” oznacza „seksowna”, a „seksowna” – „silna”. Po to masz uprawiać sport, żeby się podobać. A twoja rzekoma siła ma być w ten sposób zneutralizowana i uzależniona od czyjejś wizualnej oceny i przyjemności, jako jałowa konwencja estetyczna.

Zresztą, stąd już tylko krok do podświadomego wniosku, że w sporcie chodzi przede wszystkim o wygląd: jeśli nie wyglądam jak Pani trzcinka ze zdjęcia – sport i aktywność fizyczna po prostu nie są dla mnie. I nie używam określenia „trzcinka” deprecjonująco, sama siebie z przeszłości się z nim utożsamiam i sama siebie do niego odnoszę – po prostu wiem, że będąc „trzcinką” moja siła i jej postrzeganie były zupełnie inne, zdecydowanie bardziej do zaakceptowania niż wtedy, kiedy moja sylwetka stała się w sportowy sposób bardziej atletyczna – a moja siła wzrosła. Choćbyśmy były silne jak sama Horpyna – w-f, rywalizację i wszelkie formy ruchu będziemy omijać z daleka. Aż za dobrze pamiętam, ile mi samej zajęło poukładanie sobie w głowie własnej relacji ze sportem tak, żeby fizycznie i psychicznie czerpać z niego głęboką przyjemność. ZAPOMNIEĆ o tym, że w seksistowskim świecie „strong is sexy”, ponieważ kobiety mają zakichany obowiązek wszędzie być seksowne, nie wyłączając siłki. Do szału doprowadza mnie, że kolejne pokolenia młodych kobiet w ten sposób tracą czas na patrzenie na siebie cudzymi oczami, zamiast pełnymi garściami czerpać dla siebie prawdziwą frajdę, satysfakcję, fizyczną i psychiczną siłę ze sportu i ruchu.

Na pohybel takim reklamom – bądźmy silne na własnych zasadach, seksowność mając w nosie. Na treningu naprawdę wystarczająco dużo jest ważniejszych rzeczy, na których trzeba porządnie się skupić.

***

Tekst pierwotnie ukazał się na Facebooku 2 października 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *