Polityka

To nie jest kolejny tekst o Razem

Mężczyźni lubią mieć zawsze rację, chcą sami odkrywać prawdę, aby stawała się ich własnością. 

Ursula K. Le Guin

 

Zacznijmy od tego: na lewo od centrum gramy, mimo wszystko, do tej samej bramki. Z tym, że dzieje się źle, kiedy w Sejmie tak kompletnie brak lewego skrzydła – jak brak go u nas już od wielu lat – zgadza się nawet co bardziej obywatelsko nastawiona część obozu konserwatywnego i liberalnego. Byłoby dobrze zgodzić się na to także wśród lewicowych aktywistek, aktywistów, publicystek, publicystów; szerokim frontem. Tymczasem, to głównie wśród szczątkowej lewicy debatowanie o tym, czy lewica jest jeszcze komuś w ogóle potrzebna staje się rodzajem modnej, masochistycznej strategii adaptacji do okoliczności. Nawet polska scena polityczna nie ma mocy unieważniania lewicowych postulatów i spychania ich w niebyt. Szczególnie w czasach skokowo rosnących, globalnych nierówności, multimiliarderów niepłacących podatków, produkujących głównie śmieciowe zatrudnienie, coraz bardziej kosztowne dla państw; w czasach wciąż na nowe sposoby diagnozowanych tożsamościowych, grupowych barier w równym dostępie nie tylko do władzy i pieniędzy, lecz także do zdrowia oraz elementarnego poczucia bezpieczeństwa (co jest istotą dyskryminacji, przeciw której występuje lewica). Lewicowy program ma marne szanse się zdezaktualizować, szczególnie w krótkiej perspektywie.

I może jeszcze zacznijmy od tego, że arogancja nie jest cechą wyłączną dla tzw. młodej lewicy, która jako pokolenie transformacji dorastała w takich, a nie innych okolicznościach – pokolenie to mimowolnie wyhodowało sobie twardą skórę oraz poszanowanie dla kultu siły. Niczego innego, niż kult siły nie dało się zaobserwować na ulicach Polski w szokowych, bezwzględnych czasach okresu transformacji. Doświadczeniem naszego dzieciństwa, naszych rodzin nie był beztroski dobrobyt, ani nawet bezpieczne minimum (w większości przypadków); była to nerwowa walka o przetrwanie; kalkulowanie, na co wydać odprawy górnicze, gdzie się znajdą fuchy po utraconym etacie, na czym tu oszczędzić. Relikt PRL, jakim była i wciąż jest darmowa edukacja, także przyzwoitej jakości edukacja wyższa, to z dzisiejszej perspektywy był dla wielu z nas (w połączeniu z mieszkaniem w pobliżu miast uniwersyteckich lub możliwością dzielenia z rodzicami kredytu studenckiego) los wygrany na loterii życia, ale ta edukacja rewolucyjnie nie wpłynęła na status ekonomiczny większości tych kończących studia. Koniec studiów, cieplarnianego okresu karmienia się iluzjami sukcesu przypłacaliśmy depresją, emigracją i w końcu – zrezygnowaniem i śmieciową pracą, mieszkaniami “studenckimi”, wynajmowanymi całe dalsze życie, stresem kredytu dla tych, co nie żyją w pojedynkę i dlatego na kredyt ich stać. Nie jesteśmy w tym inne i inni od osób bez studiów. Osobiście, nie wstydzę się zupełnie swojego wykształcenia i nie uważam, by nie licowało ono z lewicowym światopoglądem, wręcz przeciwnie. Mając świadomość tego, że wykształcenie staje się coraz większym przywilejem – jestem za nie głęboko wdzięczna mojemu krajowi.

Mam wrażenie, że kultura “orania” obecna jest na lewicy dokładnie tak samo, jak gdziekolwiek indziej. Prowadzenie sporu z pozycji moralnego wzmożenia i wyższości racji jest tu sposobem porozumiewania się (a raczej sposobem cementowania braku porozumienia), o którego “własność” nie ma sensu kruszyć kopii. Widzimy to i słyszymy w wielu miejscach, w różnych środowiskach i okolicznościach: w KODzie, Soku z Buraka, w “Kropce nad i”, NIE, prawicowych tygodnikach, TVP i – tak, tak – w Krytyce Politycznej. Widzimy to też w sposobie funkcjonowania partyjnej i pozapartyjnej mikrolewicy. Czy to arogancja jest więc pierwotnym grzechem lewicy, z powodu którego tkwi ona pod progiem? Tak i nie, można polemizować. Arogancki styl prowadzenia debat politycznych a’la Leszek Miller spotykał się przecież latami głównie z pochlebnymi reakcjami opinii publicznej. To właśnie na takim stylu skupiają się, szukają i aktywnie współtworzą go media. Z istotnym zastrzeżeniem: gdy jest domeną silnych. Silnym pozwalamy na wszystko i pozwalamy im także meblować w naszych wyobrażeniach o tym, jak się komunikować; jak mówić do siebie nawzajem, jak mówić do i o słabszych. To dlatego słabi brzmią komicznie i groteskowo, zabierając głos w debacie publicznej – nie bardzo mają do dyspozycji inny język, niż właśnie ten powszechnie oswojony dyskurs silnych (wzmacniany gniewem), do którego używania kompletnie brak im podstaw.

Dyskusja o lewicy, jaka toczy się na fali wieszczonej ostatecznej klęski projektu lewicowego Razem oraz potencjalnego sukcesu projektu progresywnego (to na chwilę obecną najbezpieczniejsza z dostępnych etykietek) Wiosny to także w dużej mierze dyskusja o notorycznym utożsamianiu dwóch równie istotnych, lecz różnych kwestii: politycznego programu oraz marketingu. Ten pierwszy jest domeną Razem (nie da się zaprzeczyć, że to ono na wielu płaszczyznach pchnęło debatę polityczną w lewo, kończąc z latami dryfowania po radykalnym centrum i wyznaczając nowe standardy minimum). Ten drugi jest domeną Roberta Biedronia, który pewnie, w oparciu o latami budowaną wiarygodność i rozpoznawalność, tworzy po kawałku swój polityczny spektakl, z punktem kulminacyjnym zaplanowanym na sukces wyborczy. Nie będzie stwierdzeniem na wyrost, że bardzo wiele osób liczyło (i wciąż liczy) na spotkanie się i przecięcie, lub nawet do pewnego stopnia splecenie, tych dwóch linii. Z wielu powodów nie stanie się tak jednak w tegorocznym sezonie wyborczym. Nie jest to żaden powód, by nie patrzeć dalej, niż ten bieżący sezon.

Powiedzieć, że polska lewica jest dzisiaj w kryzysie, to nic nie powiedzieć. Najlepiej świadczy o tym liczba tekstów usiłujących się uporać z diagnozą niepowodzeń lewicy, które w ostatnim czasie powstały (Paprota [1], Samolińska i Trzeciak [2], Leszczyński [3], Migas [4], Majmurek [5], Woś [6], Gust [7] i in.). Nie sposób polemizować z nimi wszystkimi. Niemniej większość tych tekstów mniej lub bardziej otwarcie próbuje winę za nieudany razemowy projekt zrzucić właśnie na niedojrzałość oraz arogancję polityczną, na nietrafione decyzje programowe lub marketingowe lub też na tzw. politykę tożsamościową, podawaną bez przypisu, za to w otoczeniu sporej liczby chochołów. Pierwszy z brzegu chochoł to: “typowe dla lewicy przyjmowanie tożsamości ofiary”. Po pierwsze, nasuwa to zabawne skojarzenia z paniką moralną typową dla Ordo Iuris, na gruncie rzekomego przyjmowania dowolnej płci lub orientacji psychoseksualnej, bo “dżender”. Oraz jest także kalką poglądów amerykańskiego alt-right oraz ruchów MRA (obrońców praw mężczyzn), które spopularyzowały koncept “wchodzenia w rolę ofiary” w kontrze wobec akcji #metoo, zarzucając przewrażliwienie czy “szukanie sławy” kobietom mówiącym coraz bardziej otwarcie o różnych społecznych wymiarach mizoginii (jedynymi znanymi mi przypadkami osób “wchodzących w rolę ofiary” pozostają tymczasem mężczyźni spotykający się z zarzutami mizoginicznej przemocy). Nie, tożsamość nie podlega indywidualnym wyborom, w tożsamość osoby pokrzywdzonej przemocą też nie da się dobrowolnie “wejść”. Osobiste celebrowanie tożsamości nie jest ważniejsze, niż jej aspekt systemowy czy ekonomiczny. Podstawowym wymiarem przypisania jednostki do określonej płci, koloru skóry (termin “rasa” w przypadku człowieka ma sens jedynie potoczny) wciąż pozostaje wymiar ekonomiczny tego przypisania (Palińska [8]). Właśnie dlatego polityka tożsamościowa jest polityką z gruntu lewicową.

Tu nakładają się na siebie różne wątki dyskusji o lewicy: zarzucana jej arogancja (jako niepożądana), postulowana dla niej arogancja (jako pożądana) oraz tożsamość polityczna, własna czy jej elektoratu (nikt dokładnie nie wie co to, bo żadna z tych kategorii dotąd nie dała się zmierzyć, każda i każdy po prostu pisze, co podpowiada akurat intuicja). W moim najgłębszym przekonaniu małe i słabe ugrupowania – choćby najbardziej przekonane o własnej słuszności – nie powinny robić polityki metodami sprawdzonymi w przypadku dużych czy silnych ugrupowań. Wyśmiewać, pouczać, krzyczeć, tupać, przeklinać i bekać – abstrahując od faktu, że postulowanie takiego języka dla lewicy to zwykła, nacechowana pogardą chłopomania. Nie powinien tak robić ktoś, kto takim zachowaniem przysporzy sobie więcej niechęci, niż sympatii, ponieważ ta sympatia przełoży się na twardy wyborczy wynik, a nie tylko na subiektywne poczucie akceptacji albo satysfakcji. Mogę walczyć z pomocą wkurzenia i bezkompromisowego gniewu na polu feminizmu, które jest polem walki symbolicznej (walki między innymi z wtrącaniem kobiet w kategorię “kulturalnych osób”). Na polu walki politycznej zdecydowanie milsza jest mi wstrzemięźliwość, pragmatyzm oraz właśnie ta kultura; najskuteczniejszym politycznym orężem słabych pozostaje dialog i perswazja. To właśnie dlatego ostatnia lewicowa fala nie tylko w Polsce, ale i w Europie, stawiała (w teorii) głównie na kobiety – to one w dialog, perswazję i skuteczne komunikowanie się ze względów kulturowych potrafią jednak bardziej. Celem nowej lewicowej polityki miało być nie tylko wprowadzanie reform politycznych i ekonomicznych (co rzecz jasna jest pierwszorzędnie ważne), ale też długofalowa zmiana mechanizmów budowania politycznego procesu (silnie zniekształconego przez kapitalizm) i nieformalnych hierarchii władzy, faworyzujących najsilniejszych i najgłośniejszych. Czyli między innymi zmiana tego, kto i kiedy ma na kogo prawo krzyczeć i pohukiwać (czy w ogóle), a po wszystkim jeszcze zebrać za to oklaski. Świetnie piszą o tym autorki lewicowe, ignorowane w tym jednak ostentacyjnie przez kolegów i lewicowy mainstream (Maciejewska [9], Filipczak-Zaród [10]).

Na łamach Guardiana Giles Tremlett [11] pisze tymczasem o kryzysie hiszpańskiej Podemos, partii-siostry, która zainspirowała powstanie Razem. Autor nie próbuje analizować wewnętrznych tarć w Podemos, ale zauważa jeden istotny szczegół. Trzy najpotężniejsze kobiety na hiszpańskiej nowej lewicy, Manuela Carmena – burmistrzyni Madrytu, Ada Colau – burmistrzyni Barcelony, i Monica Oltra – wicepremierka lokalnego rządu w Walencji funkcjonują poza Podemos. Wszystkie, odnosząc duże sukcesy polityczne i organizacyjne. Natomiast kobiety wewnątrz Podemos, mimo stosowania przez partię równościowych mechanizmów, po pierwsze czują się kompletnie niewidoczne (jedyną rozpoznawalną polityczką Podemos pozostaje Irene Montero, życiowa partnerka jednego z jej liderów), a po drugie – czują pewne “przeładowanie testosteronem”, które na użytek niniejszego tekstu można porównać właśnie z komunikacyjną licencją na arogancję (co było widoczne jak na dłoni w wewnętrznej rywalizacji o podemosowy rząd dusz dwóch samców alfa, Pablo Iglesiasa i Inigo Errejona). Podemos odnosiła sukcesy, kiedy zaangażowanie jej działaczek i ich wiara w autentyczność całego projektu rosło, nie spadało. Nie sposób oprzeć się konkluzji, że podobnie jest z Razem.

To właśnie na barkach działaczek najczęściej spoczywa w tych niskobudżetowych projektach większość niewidzialnej, a niemożliwej do przecenienia pracy organizacyjnej (niewdzięczna, żmudna robota, której działacze nie chcą wykonywać, a gdy już muszą – beztrosko upuszczają ją wiedząc, że zostanie podniesiona przez odpowiedzialne działaczki) oraz emocjonalnej (wiara, że to ma sens i nieustanny trud zarażania nią innych). W tym kontekście niezwykle znamienne jest, że czynniku zaangażowania “dołów” w swoich analizach nie uwzględnił żaden z publicystów Krytyki Politycznej. Już po napisaniu tego tekstu okazało się, że uwzględnił go na łamach Tygodnika Powszechnego Rafał Woś – zwracając w swoim tekście w pierwszej kolejności uwagę na oddolne animowanie polityki oraz wewnętrzną demokrację, a na parytety i feminizację w nieco dalszej (tuż po fajnych memach). Zabrakło komentarzy do tego, jak destrukcyjny wpływ na Razem tak z zewnątrz, jak i wewnątrz miały i mają nierozstrzygnięte, wielowymiarowo jątrzące się sprawy związane z przemocą wobec kobiet, obecne w każdym środowisku, w przypadku Razem problematyzowane, upubliczniane, niosące się echem, z dopiskiem: “hipokryzja” lub częściej: “przesada”. Razem sobie i swoim działaczkom obiecało zdecydowanie więcej, niż okazało się, że jest w stanie dać. Niemniej skuteczna feminizacja polityki oznacza właśnie tyle, że polityczki złożoną na wyrost obietnicę walki z dotykającą je przemocą traktują i będą traktować serio i wiążąco. Mają rację.

Wielokrotnie w mediach i na forum Razem padała teza, że być może w Polsce, w której PiS przejął postulaty socjalne, a Biedroń progresywną “obyczajówkę”, nie ma już miejsca dla lewicy z prawdziwego zdarzenia. Komentarze pod tekstem Mai Staśko [12] mówią co innego. Lewica w Polsce wykaraska się z “martwych” (czy to w barwach fioletowych, czy też w jakichś innych), bo historia jednak nie skończy się na polskiej transformacji. Będzie to lewica troski. Używająca wkurzenia od czasu do czasu, w słusznej sprawie, a nie non stop jadąca na testosteronie gniewu klasowego, co niestrawne tak dla aktywu, jak i dla wyborców i wyborczyń (pobrzmiewające fałszem). Nie będzie to na pewno opowieść snuta przez osoby, które fantazjują o reprezentowaniu kogoś, kto nie istnieje w świecie. Nie będzie to napędzana resentymentem, frustracją czy osobistymi urazami opowieść służąca podkreśleniu własnej środowiskowej pozycji. Ta lewica musi składać się i mówić do istniejących ludzi, w miejsce wyimaginowanych; ludzi istniejących z ich doktoratami, ajfonami, jednoosobowymi działalnościami gospodarczymi, aspiracjami do dorobienia się i tożsamościami, które wychodzą poza protekcjonalną etykietkę: “lud”. Ta lewica musi, przede wszystkim i mimo wszystko działać, zamiast pogrążać się w wiecznym obrażaniu się o własną nieperfekcyjność; wiadomo, że poprzeczka wisi wysoko i zawsze będzie do czego się przypieprzyć.

Wyobrażam sobie, że ludzie, prócz słusznego gniewu, a może nawet zdecydowanie bardziej od niego, czują też silny lęk przed destabilizowaniem im życia. Nie głosują na lewicę bojąc się przesady, a nie tego, że lewicowego radykalizmu w ich życiu będzie nie dość. Wyobrażam też sobie, że ludzie chętniej słuchają opowieści o sobie, w której są pozytywnymi bohaterami i bohaterkami, nie tylko wiecznymi przegranymi. Lewica może mówić bardzo spokojnie i zachować przy tym radykalizm, może mówić ludziom, że podziwia ogrom ich wysiłków (i nawet nie będzie to wyrachowane polityczne kłamstwo), może zmieniać otoczenie stopniowo oraz przez kontaktowanie się z nim, a nie ostentacyjne odcinanie się. Strajki pocztowców, nauczycielek, lekarzy, pielęgniarek, pracownic Biedronki i kolejnych grup świadczą dobitnie o tym, że na budowanie sieci porozumienia jest teraz przestrzeń bardziej, niż kiedykolwiek za III RP. Czy dla Razem to już czas, by pójść na kompromisy zamiast trzymać się dotychczasowych punktów odniesienia? Być może. A być może jednak byłby to falstart, spychający polską lewicę oraz politykę z powrotem w neoliberalne, usypiające objęcia. Wiem tyle, że powstała w ostatnich latach w Polsce nowa fala lewicy (rozproszona i niekoniecznie tożsama z Razem), która jest dorosła, a nie „młoda”. I tak czy inaczej będzie teraz i później robić nieidealną politykę, a nie utopię albo rewolucję.

Na pytanie: co może zrobić lewica, żeby było lepiej i skuteczniej?  odpowiadam więc, no nie wiem. Może na początek mniej truć i mniej wsłuchiwać się w brzmienie własnego głosu?

Mgr mgr Iza Palińska

 

Linkarnia:

[1] https://nowyobywatel.pl/2019/02/05/lewica-rezerwat-utopia/

[2] https://strajk.eu/jak-nie-robic-lewicy-w-kraju-postkomunistycznym/

[3] http://krytykapolityczna.pl/kraj/leszczynski-epitafium-dla-partii-razem/

[4] http://krytykapolityczna.pl/kraj/epitafia-dla-partii-razem-migas/

[5] http://krytykapolityczna.pl/kraj/poszli-nasi-w-boj-bez-broni-dlaczego-razem-nie-wyszlo/

[6] https://www.tygodnikpowszechny.pl/razem-starkowie-polskiej-polityki-157715

[7] http://krytykapolityczna.pl/kraj/lewica-nie-moze-sie-wyrzec-swoich-wyborcow-list/

[8] http://palinska.com/czy-marksisci-maja-tozsamosc/

[9] http://wjadrodyskursu.blogspot.com/2019/02/troskliwe-strazniczki-patriarchatu.html

[10] http://codziennikfeministyczny.pl/filipczak-zarod-lewica-dla-wszystkich-lewica-dla-silnych/

[11] https://www.theguardian.com/commentisfree/2019/feb/19/podemos-spanish-politics

[12] https://www.wp.pl/?s=kobieta.wp.pl%2Fsgwpsgfirst-6348006642698369a

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *